- 5 lutego 2010
- przemek89k
Oprogramowanie jest dla użytkownika
- Dodano: 23 sierpnia 2008
- Wprowadził: TPJ
- Komentarze: 139
Ostatnio miałem przyjemność przeczytać i przetłumaczyć ciekawy tekst Ryana Cartwrighta. Sam tekst jest swoistym komentarzem do innego postu, o którym nie warto nawet tutaj wspominać. Ryan stara się tam polemizować (o ile z takimi bzdurami w ogóle można polemizować) z pewnymi popularnymi poglądami nt. Linuksa, które często pojawiają się w kontekście porównywania tego systemu z innymi systemami (np. Windowsem i MacOS-em).
Z dużą częścią tego, co napisał Ryan, mogę się zgodzić. Nie będę tego więc komentował, zwłaszcza, że każdy może sam przeczytać ten tekst (albo jego tłumaczenie). Chciałbym się raczej odnieść do samego pomysłu porównywania Linuksa do Windowsa czy MacOS-a. Ryan napisał, że takie porównania nie mają sensu i postarał się to wykazać. Osobiście nie mogę się z tym zgodzić i dlatego zdecydowałem się napisać tę polemikę.
Chciałbym jednak poruszyć znacznie szerszy temat, jakim jest coś, co można nazwać filozofią (czy też podejściem do) tworzenia oprogramowania. Jest to bowiem, w moim odczuciu, niezwykle istotne ze względu na argumenty, jakie postaram się przedstawić w końcowej części tego tekstu.
FLOSS w oczach Ryana
Poglądy Ryana na FLOSS są mało oryginalne (co bynajmniej nie jest żadnym zarzutem pod jego adresem!). Uważa on, że świat FLOSS umożliwia użytkownikowi czynny udział w procesie powstawania oprogramowania, co można wyraźnie przeciwstawić zamkniętemu oprogramowaniu komercyjnemu (czy nawet oprogramowaniu freeware). Użytkownik Windowsa może korzystać z tego systemu, ale nie może go zmodyfikować i ma bardzo ograniczony wpływ na to, jak ten system wygląda i jak działa.
Oczywiście błędem byłoby przypisywanie takich poglądów wyłącznie Ryanowi. W taki sposób myśli wielu ludzi. Ryan posłużył mi wyłącznie jako przykład; wybrałem jego osobę, gdyż tłumaczyłem jego tekst na język polski. (Mam nadzieję, Ryan, że nie będziesz mi miał tego za złe!)
Ryan zaznacza również, że traktowanie użytkowników FLOSS jako klientów nie jest właściwe, gdyż FLOSS nie jest nastawione na zdobywanie klientów. FLOSS koncentruje się raczej na potrzebach domorosłych majsterkowiczów, którzy ciągle chcą poprawiać oprogramowanie.
Arch w oczach jego twórców
Ze stosunkowo podobną argumentacją spotkałem się podczas lektury pewnego wątku na forum Archa. Paru użytkowników tego systemu (do których później i ja dołączyłem, choć wkrótce po tym wątek ten został zablokowany, co może oznaczać, że przynoszę pecha
) pożaliło się na jakość pewnych paczek. W odpowiedzi inni forumowicze (i, jak rozumiem, również twórcy Archa) wyjaśnili, że Arch jest darmowy, nikt nie płaci za pracę nad tym systemem, więc nie ma co wymagać, tylko wziąć się do roboty i samemu naprawić ewentualne błędy.
We wspomnianym wątku napisałem parę słów o tym, co myślę o relacjach pomiędzy użytkownikami i twórcami (w tym tekście znacznie rozwinę tę myśl). Otrzymałem kilka interesujących wypowiedzi. Zwłaszcza jedna z nich, autorstwa neotuli, wydała mi się bardzo interesująca. Niestety, pisałem to 18 czerwca tego roku, a 25 czerwca miała się odbyć obrona mojej rozprawy doktorskiej… Chyba dopiero teraz mam okazję częściowo odpowiedzieć na tę jakże interesującą wypowiedź jednego z twórców Archa.
Filozofia “zrób to sam”
Zarówno Ryan, jak i wspomniani twórcy Archa, zdają się wyznawać podobną filozofię. Filozofię, którą (jak mi się wydaje) rozumiem, choć jej nie podzielam. Uważam jednak, że trzeba dokładnie tę filozofię opisać i mam zamiar poświęcić temu cały ten punkt.
Rozważania rozpocznę od wyjaśnienia wspomnianego punktu widzenia deweloperów Archa i niektórych forumowiczów. Arch Linux (podobnie jak wiele innych dystrybucji – Arch jest tylko przykładem!) jest wolnym i otwartym projektem. Każdy może wziąć w nim udział. Każdy może wziąć Archa i dowolnie go zmienić. Oznacza to, że wcale nie muszę dostać “błogosławieństwa” twórców Archa, aby coś w nim zmienić – mogę zrobić to sam, na własną rękę! Oczywiście gdy okaże się, że jestem w tym dobry, i że mam ochotę to robić za darmo, twórcy Archa zapewne przyjmą mnie do swojego grona.
Podobnie wygląda sprawa w przypadku większości (jeśli nie wszystkich) projektów FLOSS. To jest tak, jak napisał Ryan: możesz to wziąć i zrobić z tego dowolny użytek (pamiętając oczywiście o zasadach licencji GPL).
Twórcy Archa słusznie zauważyli, że skoro nikt im nie płaci za wykonywaną pracę, a oni robią to dla własnej satysfakcji (żeby zdobyć doświadczenie, nauczyć się czegoś, czy po prostu dla zabawy), to trudno, żeby czegoś od nich żądać w taki sposób, w jaki żąda się czasem czegoś od producenta płatnego oprogramowania.
Cóż, całkowicie się z tym zgodzę. Jeśli robię coś dla własnej satysfakcji, a ktoś będzie chciał skorzystać z efektów mojej pracy, to musi sobie zdawać sprawę z tego, że mogę nie być dostępny na każde jego zawołanie. Jeśli moje oprogramowanie będzie miało błędy utrudniające życie użytkownikom, a ja będę wolał skupić się na dodawaniu nowych funkcji, to zawsze mogę powiedzieć: nie płacicie mi za moją pracę, ale macie przecież źródła tego programu, więc zróbcie z nich użytek i naprawcie te błędy sami! Macie do tego prawo, to przecież wolne oprogramowanie!
Jest to właśnie filozofia “zrób to sam”. Filozofię tę zdaje się podzielać wielu ludzi ze środowiska FLOSS. Z podobną postawą zetknąłem się kilka lat temu, czytając wypowiedzi ludzi zaangażowanych w rozwój dystrybucji PLD. Dystrybucja ta miała wówczas bardzo dobrą opinię (może ma ją nadal; nie wiem, gdyż już dawno nie śledzę żadnych informacji z nią związanych) i interesowało się nią wielu użytkowników. Część z nich wskazywała pewne błędy i braki, na co częstą odpowiedzią (ze strony twórców PLD) było właśnie “zrób to sam”. Odpowiedzi te zapoczątkowały wiele dyskusji, z których wynikał jeden wniosek: dystrybucja PLD to dystrybucja dla twórców dystrybucji PLD (no bo skoro zdanie użytkowników nie będących deweloperami się nie liczy…).
Oczywiście do tej filozofii równie dobrze pasowałyby inne nazwy. Można by ją było nazwać “nie psuj mi zabawy”: robię to, co robię, bo to fajne, a więc nie psuj mi tej zabawy. Jak ci się to nie podoba, to tego nie używaj, ale nie skarż mi się, że to nie działa jak należy! Inną nazwą mogłoby być “mam cię gdzieś, użytkowniku”. Przecież nie płacisz mi za to, co robię, więc niby dlaczego miałbym dla ciebie pracować za darmo?
Nazwy te mają jednak zdecydowanie bardziej negatywny wydźwięk (choć, moim zdaniem, są nawet bardziej adekwatne, gdyż lepiej uświadamiają zwykłemu użytkownikowi te zasady, o których wspominał Ryan), więc w dobie pozytywnego marketingu lepiej jest używać wersji “zrób to sam”. Można co najwyżej dodać “jeśli coś ci nie odpowiada, albo czegoś ci brakuje, zrób to sam”.
Myślę, że wystarczająco scharakteryzowałem już to podejście do oprogramowania FLOSS. Napiszę więc teraz, jakie ma ono implikacje.
Przede wszystkim najważniejszy jest deweloper. To on decyduje o tym, w jakim kierunku będzie się rozwijało oprogramowanie. Zdanie użytkownika, który nie bierze żadnego udziału w rozwoju oprogramowania (np. poprzez zgłaszanie błędów, testowanie, czy przesyłanie poprawek), w ogóle się nie liczy. Zasady są więc proste: jeśli grasz, to masz coś do powiedzenia. Jeśli jesteś widzem, siedź cicho i się nie odzywaj.
Teoretycznie sytuacja taka powinna zachęcać do wzięcia udziału w grze. Wszak tylko gracze mają prawo głosu… W praktyce różnie z tym bywa. Niektórzy wchodzą na boisko, zaczynają grać, a inni nadal tylko obserwują, czasami próbując coś powiedzieć (z różnym skutkiem). Są i tacy, którzy nie chcąc włączyć się do gry (lub nie rozumiejąc całej sytuacji), opuszczają widownię i idą poszukać sobie innego miejsca. Takiego, w którym zostaną zrozumiani, a ich głos będzie coś znaczył. Albo przynajmniej takie będą mieli wrażenie.
Problem polega na tym, że FLOSS to nie jest jedna gra, jeden świat, tylko wiele różnych gier, wiele różnych światów. Mój edytor tekstu to jedna gra, a mój emulator terminala to już zupełnie inny mecz. Jeśli nawet zaangażuję się w parę takich gier, to i tak nie daje mi praktycznie żadnej pozycji w zdecydowanej większości innych, które rozgrywają się równocześnie, a są dla mnie często równie ważne.
Pisząc rozprawę doktorską odkryłem LaTeXa. Dziś używam Texmakera do edycji plików LaTeXa. Edytor ten ma jednak wiele niedostatków. Ponieważ staje się on dla mnie bardzo ważnym narzędziem, postanowiłem wziąć sprawy we własne ręce i trochę go ulepszyć. Włączyłem się więc do gry. Problem polega na tym, że oprócz Texmakera używam również np. Archa, ale to już zupełnie inna gra, w której nie biorę udziału… A skoro nie biorę w niej udziału (bo nie mam na to ani czasu, ani ochoty), to mój głos nie jest dla twórców Archa ważny. Kiepska sprawa, prawda?
Błędem byłoby jednak myśleć, że w taki sposób nie można rozwijać oprogramowania. Choć Arch coraz mniej mi się podoba, to jednak go używam. Podobnie jak większość innych programów, w których rozwoju nie biorę udziału. Dlaczego to robię? Cóż – Arch nie jest idealny, lecz (moim zdaniem) innym systemom zdecydowanie dalej jest do tej doskonałości. Zacytuję tutaj frazę, którą kiedyś znalazłem na stronie Mutt’a: inne oprogramowanie jest jeszcze gorsze. Nie wspominając już o jego fantastycznej cenie!
Sam, choć jestem zwolennikiem innego podejścia (opisanego w następnym punkcie), czasami stosuję takie właśnie zasady. Wspomniałem o tym, że pracuję nad poprawieniem Texmakera. Owszem. Mam swoją własną listę priorytetów. I nie obchodzi mnie, że być może jest jakiś użytkownik, który też chciałby coś w Texmakerze ulepszyć, ale nie potrafi (bo np. nie zna C++). Cóż, drogi użytkowniku, mam cię gdzieś. Robię to, co robię, bo sam tego potrzebuję. Jeśli ty masz jakiś problem, to już wyłącznie twój problem. Mogę się nim zająć tylko wówczas, gdy mi za to zapłacisz (i to odpowiednio dużo, bo za grosze pracował nie będę).
To jest twarda gra. Również w świecie FLOSS.
Filozofia wolnorynkowa
Filozofii “zrób to sam” osobiście przeciwstawiam inną, którą sam uznaję za słuszną. Jest to filozofia “wolnego rynku”. Nazwę wziąłem stąd, że obowiązują tutaj podobne zasady, jak na wolnym rynku. No i daje to podobne efekty!
Dla tych, którzy nie znają się na ekonomii, już wyjaśniam: na wolnym rynku rządzi konsument (zwany czasem klientem). To on decyduje, na co wyda swoje pieniądze. Producenci muszą konkurować o jego zainteresowanie. Ci, którzy robią to dobrze, osiągają sukces. Ich przedsięwzięcia przynoszą zyski, gdyż zadowoleni z ich produktów i usług klienci dobrowolnie dają im swoje własne pieniądze w zamian za te produkty i usługi. Producenci, którzy zabiegają o względy klientów gorzej, nie osiągają wystarczających dochodów i zmuszeni są poszukać sobie innego zajęcia. Dzięki temu klienci mogą się cieszyć coraz lepszą ofertą produktów i usług.
Jeśli Ryan to czyta, to mam nadzieję, że nie trzęsie się z oburzenia – wszak używam tego okropnego języka biznesu…
A poważniej: te same zasady można odnieść do oprogramowania FLOSS. Gdy potraktuje się użytkowników jak klientów, chętniej będą oni używali oprogramowania, które tworzymy. Oczywiście użytkownicy wybiorą to, co im najbardziej odpowiada, i nie omieszkają poinformować nas, że interfejs mamy do bani, a dana funkcja w ogóle nie działa. A gdybyśmy, zezłoszczeni, zechcieli zapytać, dlaczego w takim razie używają tego programu, skoro jest taki kiepski, to powiedzą, że inne są jeszcze gorsze. Albo nie mają tej funkcji, którą ma nasz program.
Zalety takiego podejścia do tworzenia oprogramowania FLOSS są dosyć oczywiste. Przede wszystkim znacznie łatwiej jest pozyskać użytkowników. Mało co tak zachęca użytkownika do danego programu, jak sytuacja, w której czuje on, że jego potrzeby są dla Twórców oprogramowania ważne, że jego głos jest słyszany, a jego zdanie brane pod uwagę. Taki użytkownik to prawdziwy skarb: nie tylko będzie używał nasze oprogramowanie, ale również poleci je swoim znajomym. A jeśli nasz program wciąż nie jest wystarczająco dobry, to użytkownik zapamięta naszą postawę wobec niego i zapewne spróbuje tego oprogramowania za jakiś czas. Zadowolony użytkownik to zadowolony klient – to działa lepiej, niż niejedna kampania reklamowa!
Korzyści “pozamarketingowych” nie trzeba chyba tłumaczyć nikomu, kto zna słynną myśl Erica S. Raymonda: “Wystarczająca liczba przyglądających się oczu sprawia, że wszystkie błędy stają się banalne” (źródło: Wikipedia).
Ale na możliwości zdobycia dużej liczby użytkowników zalety “wolnorynkowego” podejścia się nie kończą. Traktując użytkownika jak klienta deweloperzy zdobywają bezcenne doświadczenie biznesowe. Doświadczenie, które przyda się w pracy, czy w prowadzeniu własnego interesu. (A jeśli ktoś oburza się na samą myśl o zarabianiu pieniędzy, niech zada sobie pytanie: kto płaci jego rachunki za internet i skąd ma na to środki?)
Powyższa zaleta wiąże się pośrednio z inną: możliwością przejścia do innego modelu biznesowego rozwoju oprogramowania. Tak, chodzi mi o możliwość rozpoczęcia działalności komercyjnej. Np. w taki sposób, jak robi to TrollTech. Pomyślcie tylko: czyż nie byłoby pięknie, gdyby płacili nam za robienie tego, co lubimy?
Jednak również i to “wolnorynkowe” podejście ma swoje wady. Najważniejszą z nich wydaje mi się być jeden z efektów ubocznych postawienia klienta (użytkownika) w centrum uwagi: odsunięcie dewelopera na bok. Skoro liczą się przede wszystkim potrzeby klienta, to rola dewelopera polega na ich spełnianiu. W związku z tym projekt powinien być rozwijany w takim kierunku, w jakim chce tego klient, a nie programista. A jeśli ma on inne zdanie? Jeśli interesuje go coś innego? Cóż… Jeśli nie ma wystarczająco dużo samozaparcia, może stracić zainteresowanie dalszym rozwojem projektu. W skrajnym przypadku może to spowodować nawet całkowity zastój w rozwoju oprogramowania. Tak bywa – jeśli to nie jest zabawne, a nikt mi za to nie płaci, to moja motywacja do dalszej pracy jest zdecydowanie mniejsza…
Z jednej strony projekt może więc pozyskać użytkowników, z drugiej stracić deweloperów, w wyniku czego przestanie się rozwijać i użytkownicy wybiorą coś innego. Niezbyt miła perspektywa, prawda?
Moim zdaniem dobrym remedium na ten problem jest… ludzka natura, w której leży m.in. chęć bycia podziwianym. Projekt jest wystarczająco dobry, tak? Ma już dużą liczbę użytkowników? Twórcy go porzucają, bo znudziła ich praca nad jego dalszym rozwojem? W takim razie jest to idealna szansa dla mnie, młodego lwa, żeby zaistnieć. Przejmę ten projekt, albo dołączę do zespołu programistów (jeśli jeszcze takowy istnieje). Zajmę się tym, zdobędę wdzięczność użytkowników, będę się mógł pochwalić w CV, że nad tym pracowałem…
Co z tego tak naprawdę wynika?
Choć opisałem dwa powyższe podejścia do tworzenia oprogramowania jako przeciwstawne, błędem byłoby całkowite ich antagonizowanie. Filozofie te są sobie przeciwne tylko w jednej dziedzinie: w podejściu do użytkownika. “Zrób to sam” szanuje tylko takiego użytkownika, który w jakiś sposób przyłącza się do grona osób pracujących nad rozwijanym oprogramowaniem. “Wolny rynek” nastawiony jest przede wszystkim na potrzeby tego użytkownika.
Oczywiście na rozwój oprogramowania można spojrzeć również w inny sposób. Ryan oraz deweloperzy Archa zapewne mają odmienny punkt widzenia… Ja jednak wolę patrzeć na to tak, jak to opisałem. Dlaczego? Bo sam jestem przede wszystkim użytkownikiem. Choć potrafię programować, choć tworzę nowe oprogramowanie, choć staram się aktywnie rozwijać oprogramowanie już istniejące, to i tak w 99% procentach jestem tylko zwykłym użytkownikiem. Takim widzem, który tylko obserwuje i zastanawia się, co powinien wybrać.
Uważam, że najwłaściwszy stosunek do komputera ma się wówczas, gdy żąda się, aby on po prostu działał. Tak, jak tego oczekujemy, albo chociaż tak, jak możemy to zaakceptować. Podobnie jest z wszystkim, czego używamy: z samochodami, telewizorami, lodówkami… Osobiście nie interesuję się tym, jak działa mój samochód, telewizor czy moja lodówka. One mają działać – i tyle! Podobnie traktuję mój komputer. On ma działać, ułatwiać mi pracę. Kiedy tak nie jest, nie jestem zadowolony.
Jest jedna, zasadnicza różnica pomiędzy Linuksem i telewizorem czy samochodem. Za mój telewizor (o samochodzie nie wspominając) zapłaciłem znacznie więcej, niż za mojego Linuksa. A jednak mam podobne oczekiwania… To ma po prostu działać.
Czy taka postawa jest logiczna? Czy mogę oczekiwać, że jako użytkownik systemu operacyjnego, który otrzymałem prawie za darmo, będę traktowany podobnie jak klient, który kupił telewizor czy samochód? Czy mogę tego oczekiwać bez posądzeń o utratę rozumu?
Moim zdaniem – tak.
Z jednego powodu, któremu na imię: konkurencja. Konkurencja istnieje bowiem tak samo wśród producentów telewizorów, samochodów, jak i wśród twórców oprogramowania, które dostępne jest za darmo. Ta konkurencja sprawia, że jedne produkty są wybierane chętniej, niż inne, a producenci (w tym również deweloperzy) wciąż muszą polepszać ofertę dla klientów, aby nie wypaść z rynku.
Świat Linuksa zna wiele takich sytuacji: Vim kontra Emacs, czy KDE kontra GNOME to tylko nieliczne przykłady. Spoglądając na tę sytuację w szerszym kontekście, można zauważyć, że rozwój różnych systemów operacyjnych również nacechowany jest ostrą walką konkurencyjną: w cieniu triumfów Windowsa wciąż następował postęp Linuksa. Zresztą wiele rozwiązań Windowsa zostało skopiowanych od lepszego (w moim odczuciu) MacOS-a…
Czy to się komuś podoba, czy nie, konkurencja jest tym motorem, który napędza każdy postęp. W świecie komercji konkurujemy, żeby zdobyć więcej klientów, a tym samym zwiększyć nasze zyski i wpływy. W świecie FLOSS konkurujemy, żeby zdobyć więcej użytkowników i pozyskać więcej zwolenników dla naszych rozwiązań. Niezależnie od motywów, konkurencja istnieje i jest czymś pozytywnym.
Dzięki tej konkurencji tacy użytkownicy, jak ja, mogą wciąż liczyć na to, że nawet nie biorąc czynnego udziału w procesie rozwoju oprogramowania, będą mieli na nie jakiś wpływ. Kiedyś używałem Firefoksa, KMail, a płyty wypalałem w konsoli za pomocą growisofs (chyba, dokładnie już nie pamiętam). Dziś korzystam z Opery, a do wypalania płyt służy mi k3b. Programy z GNOME-a zostały powoli zastąpione przez te z KDE, a Fluxboksa zastąpił IceWM. Być może w przyszłości Archa zastąpi Ubuntu?
Jedno jest pewne: nic nie jest wieczne. Jeśli dziś używam programu X, to nie znaczy, że jutro nie przerzucę się na jego konkurenta Y. I tym deweloperom, którzy odmawiają mi prawa głosu (bo nie jestem aktywnie zaangażowany w rozwój X), radziłbym o tym pamiętać. Bo inaczej mogą stracić użytkownika, który być może kiedyś zgłosi jakiś błąd. Będzie miał do tego tym większą motywację, im bardziej będzie do tego programu przywiązany. Ale najpierw trzeba tego użytkownika do tego programu zachęcić i przywiązać!
Dlaczego porównywanie Linuksa z Windowsem i MacOS-em ma jednak sens?
W tym miejscu dochodzę do momentu, w którym mogę ponownie rozpocząć polemikę z Ryanem, który twierdzi, że porównywanie Linuksa (rozmyślnie unikam popularnej w środowisku FLOSS nazwy GNU/Linux; wyjaśnię to później) do Windowsa czy MacOS-a nie ma sensu. Powodem ma być to, że to dwa różne światy: komercyjny (Windows i MacOS) oraz FLOSS (Linux). To dwa różne cele. Jak można oceniać Linuksa pod kątem spełniania oczekiwań użytkowników (tych przeciętnych), skoro Linux wcale do tego celu nie dąży?
Argumentacja ta wydaje się być słuszna. Skoro twórcy Linuksa nie stawiają sobie za cel zdobycia pewnej bazy użytkowników, pewnej części rynku, to jaki sens ma ocenianie ich osiągnięć ze względu na takie właśnie kryterium? To trochę tak, jakby oceniać reprezentację piłki nożnej za to, jak dobrze potrafi grać w siatkówkę, a reprezentację siatkówki za to, jak dobrze kopie piłkę. To po prostu nie ma sensu.
Myślę jednak, że wszystko tutaj zależy od tego, jak spojrzymy na tę sytuację, na te dwa różne światy. W reprezentacji piłki nożnej są sportowcy, którzy potrafią grać w piłkę, ale nie potrafią grać w siatkówkę. W reprezentacji siatkówki jest na odwrót. Wszyscy oni są jednak sportowcami i możemy porównać ich osobiste osiągnięcia czy postawę sportową… To już ma sens, prawda?
Na podobnej zasadzie można porównać Linuksa do Windowsa czy MacOS-a. Twórcy tych systemów mają odmienne cele, ale niezależnie od tych celów ich produkty używane są przez różnych ludzi. Zwykłego użytkownika wcale nie musi interesować to, co próbują uzyskać twórcy Linuksa czy Windowsa. Taki użytkownik zobaczy te dwa systemy i porówna je pod kątem swoich własnych potrzeb. Użytkownik ma swoje własne kryteria oceny!
Ja sam właśnie tak zrobiłem. Windows nigdy mi się nie podobał. Nie rozumiałem tego systemu, nie potrafiłem nad nim zapanować. Zupełnie inaczej poszło mi z Linuksem. Tego systemu na początku też nie rozumiałem. Miałem jednak dokumentację, którą zacząłem studiować. Z czasem nauczyłem się, jak ten system działa (w bardzo małym zakresie; większa wiedza nie była mi po prostu do niczego potrzebna). Potrafię ten system kontrolować – i to mi się podoba. Pod Windowsem się gubię. Dla mnie wybór jest więc oczywisty.
Naturalnie argumenty, że Linux nie jest gotowy na desktop, bo nie potrafi od razu po instalacji odtwarzać MP3-jek, OGG-ów czy filmów w formacie AVI, są po prostu niedorzeczne. Przecież Windows “na dzień dobry” też radzi sobie tylko z MP3-jkami, a jednak nikt nie kwestionuje jego przydatności jako systemu desktopowego!
Niemniej idea porównywania Linuksa i Windowsa wcale nie jest głupia czy niedorzeczna. Wprost przeciwnie – może być bardzo stymulująca i pouczająca! Można się np. dowiedzieć, dlaczego Linux jest tak mało popularny i ma opinię trudnego i skomplikowanego systemu (choć w moim odczuciu jest prostszy od Windowsa).
Ryan (wciąż wykorzystuję biedaka jako przykład
) konsekwentnie pisze np. GNU/Linux. Ja oczywiście wiem, o co mu chodzi. Ale już przeciętny użytkownik kompletnie zgłupieje: co to za dziwaczna nazwa? Co to jest to GNU? I nie daj Boże by ktoś mu ten skrót wyjaśnił, bo wówczas dopiero cała sprawa się skomplikuje…
Przeciętnemu użytkownikowi nie ma co tłumaczyć różnicy pomiędzy jądrem systemu operacyjnego i podstawowym oprogramowaniem. Dokładnie tak samo, jak takiemu użytkownikowi samochodu, jak ja, nie ma sensu tłumaczyć, ile tłoków ma silnik i jakie to są tłoki. A co to w ogóle są tłoki? Nie wiem. I nie obchodzi mnie to. Samochód ma działać, jasne? Komputer też. Więc nie opowiadajcie mi tutaj o jakichś GNU/Linuksach. Ja chcę Linuksa, i tyle!
Jeśli chcemy pozyskać więcej użytkowników dla Linuksa (którzy, przypominam, być może w przyszłości aktywnie włączą się w rozwój oprogramowania FLOSS), to upraszczajmy. GNU/Linuksa zostawmy dla fachowców i fanatyków pokroju RMS-a. Dla mnie mój Linux to po prostu Linux. I tak mam spore kłopoty z wyjaśnieniem, że inne Linuksy mogą wyglądać i działać zupełnie inaczej…
(Dokładnie tak samo jest z tym tłumaczeniem, że FLOSS jest lepsze od zamkniętego oprogramowania. Użytkownik ma to gdzieś! Większość z nich i tak nie wykorzystuje tej “otwartości”, a chce tylko, żeby to działało.)
Wróćmy jednak do samej idei porównywania Windowsa i Linuksa. Mój argument jest taki: takie porównanie ma sens, jeśli spojrzymy na to z punktu widzenia użytkownika. Jeśli można coś zrobić i pod Windowsem, i pod Linuksem, to można te dwa rozwiązania porównać. I wcale nie będzie to porównywanie jabłek do powietrza. Jasne?
Podsumowanie
Na koniec chciałbym jeszcze odnieść się do tego traktowania odbiorcy jako klienta, maszyny do robienia pieniędzy. Nie wątpię, że jest to dosyć powszechne zjawisko. W przeciwieństwie do Ryana nie widzę w tym niczego złego. Ba, podoba mi się, kiedy jestem traktowany jak klient – bo wówczas to ja mam wszystko pod kontrolą. Jeśli nie będę traktowany należycie, wybiorę innego producenta. Dzięki temu, że jestem traktowany jako klient (ta maszyna do robienia pieniędzy), koszt mojego połączenia internetowego od wielu lat utrzymuje się na tym samym poziomie, a jego parametry wciąż się poprawiają. Innymi słowy: żyje mi się coraz lepiej!
Ale mniejsza o osobiste odczucia czy sympatie. Tutaj chodzi o perspektywę, o punkt spojrzenia na całą tę sytuację. Firmy komercyjne mogą traktować klientów jak maszyny do robienia pieniędzy, czy jak tam tylko zechcą, i jest to ich sprawa. Tutaj naprawdę ważne jest coś innego. Otóż sami klienci wcale nie muszą się tym traktowaniem przejmować! Klient wcale nie musi się przejmować tym, jakie cele stawia sobie producent czy dostawca usług. Klient może mieć swoje własne potrzeby i może korzystać z oferty z zupełnie innego powodu, niż życzyłby sobie tego producent czy dostawca!
Tak jest właśnie ze mną i z moim dostawcą internetu. Nie znoszę tej firmy, ale korzystam z ich usług, bo w mojej okolicy dranie są po prostu najlepsi.
Podobnie mogą postąpić ludzie z oprogramowaniem. Co ich obchodzi, że producent oprogramowania traktuje ich jak maszyny do zarabiania pieniędzy? Jak długo dostarcza im tego, czego potrzebują, za cenę, którą akceptują (a akceptują ją, bo inaczej przecież kupiliby coś innego!), to wszystko jest w porządku!
Identyczna zasada obowiązuje oczywiście w świecie FLOSS. Mnie, użytkownika oprogramowania, nie interesują motywy kierujące deweloperami. Używam tego oprogramowania, bo jest ono dobre, albo dlatego, że jest lepsze od innego (lub inne oprogramowanie jest jeszcze gorsze). A to, że ktoś oferuje mi dostęp do kodu źródłowego, wolność modyfikacji i rozpowszechniania tego oprogramowania… A co to ja, dystrybutorem oprogramowania jestem? Ja jestem zwykłym użytkownikiem i chcę, żeby to mi działało. Jak działa, to jestem zadowolony i używam tego dalej.
Oczywiście można na to spojrzeć tak, że z jednej strony Linux, a z drugiej Windows i MacOS, to dwa różne światy. To prawda. Ale trzeba pamiętać o tym, że te światy są zamieszkane przez tych samych ludzi. I niezależnie od tego, czy widzimy w nich ludzi, czy klientów, to mają oni swoje własne potrzeby. I dopóki będą używali Linuksa, Windowsa i MacOS-a do zaspokajania tych potrzeb, będzie można te systemy porównywać.
Trzeba to tylko robić z sensem, a nie skarżyć się, że AVI-ki nie działają od razu
Z podziękowaniami dla Ryana Cartwrighta za wspaniały, dający do myślenia tekst,
z podziękowaniami dla twórców Archa, za wspaniały system operacyjny, z którego korzystałem przez wiele lat,
Tomasz Primke
Komentarze są prywatnymi opiniami dodających je osób. Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi. Komentarze obraźliwe oraz obniżające poziom serwisu będą usuwane. Więcej w regulaminie komentowania.
139 komentarzy
Wszystkie autorskie niusy w serwisie publikowane są na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.
Szczena mi opadła… – bardzo ciekawy artykuł.
Kiedys przygladalem sie dyskusji z ktorej plynely podobne wnioski.
Dyskusja dotyczyla mniej wiecej: “czy chcesz zamkniete oprogramowanie/sterowniki, czy tez zgadzasz sie na oprogramowanie wlasnosciowe”
Najczesciej padaly takie opinie
“nie interesuje mnie to czy to jest wolne czy tez nie jest – to ustrojstwo ma po prostu dzialac”.
EDIT: zamiast
mialo byc:
“czy chcesz zamkniete oprogramowanie/sterowniki, czy dopuszczasz tylko oprogramowanie z otwartym kodem?”
Zgadzam się z poprzednikiem. Bardzo cieakwy artykuł… To czym ludzie argumentują, że Linux nie nadaje się na desktop są przyzwyczajenia… Mnie na początku też wydawało się, że Linuxa nie polubię, bo inaczej się go obsługuje i do pewnych rzeczy trzeba się przyzwyczaić. Ale posiedziałem kiedyś nad nim i zacząłem poznawać. Dzisiaj podoba mi się bardziej niż windows… Jest prostszy (wbrew opinii, że jest inaczej).
Ta opinia pojawiła się kilka lat temu i wtedy był prawdą. Mało kto z tych co to powtarzają widziała Linuksa na oczy. Tak naprawdę Linux może niedługo wygodą dorównać Mac OSowi a to już nie lada wyczyn. Windowsa oczywiście ma już dawno za sobą (co też nie jest jakimś wyczynem
)
Powiem krótko: BRAWO.
Wreszcie tekst, który mówi otwarcie o tym o co tak właściwie chodzi.
Mam tylko nadzieję, że być może po tej lekturze niektórzy zatrzymają się chwilę, pomyślą i przestaną uskuteczniać podejście “ja to zrobiłem i to moja zabawka jak chcesz używaj jak się nie podoba won”. Przy takim podejściu Linux nigdy, ale to nigdy nie będzie liczącym się systemem.
Jeszcze raz: BRAWO.
Dla kogo nie będzie dla tego nie będzie. Mnie GNU/Linux odpowiada taki jaki jest. Według mnie nastawienie się na spełnianie oczekiwań mas pokemoniastej dzieciarni byłoby śmiercią tego systemu.
Tak troszke personalnie, za co odrazu przepraszam.
, uzywa Windows bo jest ‘wygodniejszy’ zainstalowalem mu Debian’a z racji obycia z dystrybucja ( ktora podziwiam i lubie no ale to nie o to chodzi ), widz polega na tym ze chcial sobie wlaczyc kamerke by pogadac na Skype, smutne ale prawdziwe ta kamerka poprostu nie dziala! co na Windows jest sterownik no i skype dziala, no ale juz nie o program ( skype ), tylko o sens ‘dzialania’ ze nie ma jej tam gdzie powinna byc – 1:0 dla Windows.
– 2:0 Windows.
), w systemach pogrzebal w Windows w system32 – Reinstalacja systemu bo juz sie nie dalo tego zlozyc ( szkoda ze chroot nie dziala :/ ) 2:1.
Moj ojciec jest juz no … mocno dorosly
Kupil sobie drukarke ( oczywiscie nie pytajac mnie co gdzie z czym … bo taki mu polecil koles w sklepie ), oczywiscie HP cos … grzybek podlaczam cups i kwicze! co potrafi zrobic to wydrukowac strone testowa ‘czarno-biale’, kolory chyba sie zepsoly
Jako ze lubi wiecej grzebac niz ja ( ot on nie wie co mozna zepsuc
Przymosowa ( poniekad ) instalacja Firewall, i Antywisus system – 2:2? – no tak z tym ze oprogramowanie jest ‘freeware’ wiec to taki punkt dla Linux troszke naciagany, bo ja np zadnego takiego oprogramowania nie uyzwam bo mi po co?
Reasumujac, moj ojciec nie jest ‘pokemonem’ o czym wspominasz tylko użytkownikiem czego widocznie nie widzisz, nie chodzi o to by system byl ‘pokebolowy’ i mial zolto-zielone-pomaranczowo-biale kropki bo tak ktos chce, tylko byl latwy i przyjazny, czego narazie mu sporo brakuje.
, fura fajna … tylko silnik z Fiata 126p
KDE jest blisko mojego idealu jako ‘GUI’ systemu, poukladane tam gdzie ma byc pisze po polsku jak byk ‘Panel sterowania/zarzadzania systemem’ czy podobnie i to jest TO!, gorzej wypada pod maska
Nie wiem jak to robisz, ale u mnie kamera dziala…
Tak, bo teraz jest jak za komuny, jest na świecie jeden model kamery internetowej o nazwie “Kamera internetowa”.
Ten sam efekt byłby gdyby na Linuksie pogrzebał sobie w /usr/lib/. Że w Linuksie nie pracowałby na prawach administratora? W Windows też wbrew pozorom nie musi.
W sumie nie problem systemu, tylko sposobu jego obsługi.
@krzy to prawda, że nie musi. Tylko jeśli sobie weźmie pierwszy lepszy program z internetu to tak łatwo mu bez uprawnień administratora nie pójdzie.
Ot przykład z życia – prosty program przydatny dla działu księgowego z Internetu. Na prawach administratora – wszystko działa. Na prawach użytkownika niestety nie – dłubanina, który katalog dać tylko odczytu, a które muszą być z możliwością zapisu. Aha i niespodzianka, żeby się nie wywracał trzeba mu dać prawa zapisu do win.ini.
Najprościej dać całemu katalogowi programu możliwość zapisu dla działu księgowego i odhaczyć kolejny ptaszek na liście zadań do zrobienia.
Szczerze wątpie, czy użytkownik domowy miałby ochoty bawić się z takim przypadkiem i analizować co wykonuje program tuż przed magicznym tekstem “Program wykonał nieprawidłową operację”.
Innymi słowy – programy użytkowe pod Unix napisane są w ten sposób, że nie wymagają dostępu administracyjnego. Część katalogów/pliku programu trafia do katalogów tylko do odczytu (np. /usr) , część do zapisu (/home, /var) – to jest normalne. W Windows standardem jest, że raczej twórca programu zakłada, że ma uprawnienia RW do wszystkiego. Oczywiście można trochę dłubać i pracować inaczej, ale faktem, że jest to droga pod górkę w stosunku do większości programów dostępnych na rynku.
1. Na Linuksie “prostego przydatnego programu dla działu księgowego z Internetu” i tak miał nie będziesz.
2. Poważne oprogramowanie zachowuje się poprawnie bez uprawnień administratora, głównie dlatego że wiele dużych firm ma taką politykę.
3. W ostateczności masz polecenie runas do uruchomienia tego konkretnego programu jako administrator.
4. Pracowałem 2 lata na Win2K jako zwykły użytkownik i nie miałem problemów. Więc DA SIĘ.
@krzy
1. Nie zgadzam się z tak kategorycznym stwierdzeniem. Może tak, a może nie – mi nie chciało się szukać. uznałem, że szybciej zainstaluję na Windows dla zwykłego użytkownika. Pomimo, że musiałem trochę z tym powalczyć.
2. Nie zgadzam się. Widywałem ciekawe problemy z oprogramowaniem do dostępu elektronicznego do banku na win2003 i WTS z winy tego oprogramowania nie systemu. Oczywiście nazwy nie mogę przytoczyć. Dopóki pracowało na jednoużytkowej stacji roboczej – wszystko było ok. Trudno nie uznać tego za poważne oprogramowanie.
3. Zgadzam się, ale nigdy z tym nie polemizowałem. Nigdzie nie przeczę, że można sobie uruchomić przy użyciu”runas”.
4. Zgadzam się i również nigdy z tym nie polemizowałem. Jasne, że się da. Ja też pracowałem na WinNT przez kilka lat jako zwykły użytkownik, ale fakt, że czasami jest trudniej. Tak jak sugerowałem w poprzednim poście w firmie jak najbardziej, w domu nie koniecznie użytkownik domowy ma odpowiednie umiejętności, żeby odpowiednio zawężać uprawnienia programów, ewentualnie chce mu się uruchamiać przy użyciu “Uruchom jako”.
Generalnie nigdzie nie piszę, że na Windows się nie da. Da się jak najbardziej. Moje przesłanie jest takie: Na Unix prawie wszystkie programy dla końcowego użytkownika projektowane są w ten sposób, żeby nie wymagać uprawnień administratora. Na Windows niestety czasami potrzebne są pełne uprawnienia, ponieważ programista konkretnego programu być może nie postarał się za bardzo, a mógł się nie postarać ponieważ przez długie lata “standardem przemysłowym” było uruchamianie wszystkiego na pełnych uprawnieniach i dla jednego użytkownika w systemie.
Naturalnie programy piszę się trudniej i dłużej, jeśli trzeba wziąć pod uwagę uprawnienia i wielu użytkowników jednocześnie pracujących w systemie.
Nie próbuję tutaj udowadniać żadnej wyższości “Świąt B.N” na “Wielkanocą”. Po prostu zdroworozsądkowe podejście. Odnoszę wrażenie @Krzy, że w swoim poście próbujesz znaleźć punkt zaczepienia do dyskusji czemu Windows jest lepsze od Linuksa lub odwrotnie.
Moje zdanie jest takie: do pewnych rzeczy lepszy jest Windows, do pewnych rzeczy lepszy jest Linux. Z mojej strony EOT.
pozdrawiam
dna
“Na prawach użytkownika niestety nie – dłubanina, który katalog dać tylko odczytu, a które muszą być z możliwością zapisu. Aha i niespodzianka, żeby się nie wywracał trzeba mu dać prawa zapisu do win.ini.
Najprościej dać całemu katalogowi programu możliwość zapisu dla działu księgowego i odhaczyć kolejny ptaszek na liście zadań do zrobienia.
Szczerze wątpie, czy użytkownik domowy miałby ochoty bawić się z takim przypadkiem i analizować co wykonuje program tuż przed magicznym tekstem “Program wykonał nieprawidłową operację”.”
^^^
Dlatego nie lubię Linuxa. Doputy Linux nie zrozumie że userzy i drugorzędni zwykli programiści to “głąby” (jak ja) to nie przekroczy 1% na desktopach ;P
Nawet, jak to zrozumie, to nie przekroczy 1%, gdyż gdyby miał przekroczyć tą wartość, to musiałby najpierw *zejść poniżej* 1%.
Ukłony za kulturę wypowiedzi, tolerancję i swiadomość problemu
masz rację jeśli chodzi o formę wypowiedzi, ale z treścią zgadzam się w 100%
Interesujący tekst. Drobny błąd: Trolltech (nie TrollTech).
Racja, mój błąd. Biję się w piersi!
Niestety mam podobne problemy z Arch’em. Co chwila odzew “jak się nie podoba to won” albo “zrób to sam”. I boli mnie to, bo “zrób to sam” miałem na Gentoo, z którego musiałem na laptopie zrezygnować (desktop i servy dalej na Gen2
), gdyż używam go w pracy i w przypadku podłączenia nowego urządzenia, potrzebuje z niego skorzystać od razu, a nie zaczynać od wkompilowania drivera w jajko
A propos darmowości, to gdyby wydali Arch’a czy Gentoo w ładnym pudełku jak to można SuSE czy Mandrivę spotkać, to bym kupił
Mnie to pasuje. Używam Archa i sam staram się rozwiązywać problemy, żeby później potrafić pomóc innym. Podejście Archa sprawia, że sam dostosowuję swój system od podstaw, dzięki temu mam zainstalowane dokładnie to czego potrzebuję.
A do tego można (należy) nauczyć się mnóstwo nowych rzeczy. Wystarczy poświęcić tylko trochę czasu na naukę. I to też ogromny plus, bo za tą zdobytą wiedzę można ładny grosz zarobić.
…Pod warunkiem że chce się robić karierę jako sysadmin i/lub programista. W każdym innym przypadku jest to czysta strata czasu.
W kazdym innym przypadku można zainstalować coś innego.
i dlatego mam mandrivę jestem geodetą a nie programistą i nie mogę siedzieć i się uczyć systemu bo muszę pracować w swoim zawodzie a jak mam czas to odpoczywam przy kompie a nie grzebie w systemie.
to użyj “genkernel all”
Oczywiście krzywe założenia zbłądzą we wnioskach najświatlejszych mędrców. Ów przydługi, nie pozbawiony emocji wywód uświadamia tylko komfort sytuacji, w której o sprawach ważnych nie decydują tłumy. Warto zastanowić się dla przykładu, czy tak naprawdę odpowiadałyby nam interfejsy użytkownika przepełnione różowymi guziczkami?
Niestety “mędrcy Archa” zadecydowali “ZA” tymi guziczkami i w efekcie mamy domyślnie KDE4.
Niby jest KDEmod, ale pytanie o nie na irc’u wywołało jedynie flejma, że KDEmod jest zabugowane… o.O
Domyślne KDE4? Prawda, dawno nie instalowałem Archa (jeszcze go aż tak nie popsułem od ostatniej instalacji żebym musiał reinstalować) ale z tego co pamiętam domyślnie instalowane są paczki z “base” – czysty system, nawet X’ów nie ma.
Narzekanie na “domyślne” paczki w systemie też nie jest do końca logiczne – od tego masz pacmana żeby te paczki wywalić i wgrać coś innego, nie? Nie jesteś zmuszony do używania jednego słusznego managera okien, masz wybór.
Twórców Archa nie interesuje ich popularność tylko system który w ich mniemaniu działa tak jak powinien. A że ich opinia co do działającego systemu jest zbieżna z moją – system mi odpowiada. Jeśli ona Ci nie odpowiada to nie powinieneś mieć do nich pretensji. Są przecież dystrybucje bardziej nastawione na potrzeby użytkownika.
(btw. wczoraj zmieniałem kdemoda4 na gnome – yaourt -Rd kdemod-complete; yaourt -S gnome gnome-extras czy jakoś tak)
I właśnie dlatego z żalem wróciłem z Archa do Ubuntu (arch wydawał mi się idealny dla moich potrzeb). KDE4.1 niestety nie nadaje się jeszcze do normalnej pracy (Moją żone gówno obchodzi, że konqeror się wiesza bo jest w wersji testowej i dopiero od wersji KDE 4.2 lub KDE 4.3 będzie OK) – Ogólnie zarąbali strasznie w Archu z ładowaniem KDE4 na siłę.
Tu się zgadzam całkowicie. KDE4.1 jest „in progress”, wystarczy spojrzeć na diagramy. Zauważyłem, że osoby, którym KDE4.1 „działa” to osoby, które używają znikomej jego części. I nie zauważą, że w KNode znikła możliwość zmiany położenia paneli, albo że połowa funkcji Gwenview w ogóle gdzieś przepadła, a Kosz błędnie pokazuje miniaturki zawartych w nim śmieci (radzę ostrożnie podchodzić do opróżniania kosza jeśli właśnie wyjęliśmy z niego jakiś dokument — może się okazać że wcale nie ten co trzeba).
Ha! Ale za to WYYYGLĄD się bardziej cukierkowy zrobił, kuul. Prawie jak Vista…
Ci co mówią o bugowatości kdemod nieco przesadzają.
W ogóle dzięki Panie Boże za developerów kdemod.
PS: Ciekawe za co masz minusy?
Interfejsy muszą być w ramach systemu spójne. Jak chcę mieć różowe guziczki to ustawiam sobie różowy motyw, jak chcę czarne to czarny
A jest deczko irytujące, że np. w Windows programy mogą mieć interfejsy od rzeczy, w Linuksie zaś motywy GTK i Qt się różnią
W Windows XP widziałem programy z interfejsem w całkiem różnych stylach 3.x, 95 i XP. A przy GTK i Qt można ustawić taki sam wygląd.
Z tymi tłokami w samochodzie trochę przesadziłeś. Może nie każdy musi być mechanikiem, ale kupujesz samochód, zamierzasz nim jeździć, to należało by się trochę zainteresować w ogólnej zasadzie działania – nieco szerzej niż wsadź kluczyk i jedź
Skończyły by się pytania userów czy faktycznie wirusy z komputera mogą im przejść przez mikrofalówkę do jedzenia
a dlaczego uważasz że autor przesadził z porównaniem z tłokami w samochodzi … a moim skromnym bardzo dobre porównanie …
po co mi użytkownikowi wiedzieć jak działa samochód … mam wiedzieć jak go używać i koniec … jak coś się psuje to jest serwis który naprawi to co trzeba tak jak trzeba … nie pamiętam już, ale chyba na kursie na prawko nie ma informacji o tym jak działa silnik, tłoki, przepustnica, gaźnik itd. …
nikt Ci nie broni dowiedzieć się jak działa, ale do puki nie jesteś mechanikiem nikt także od Ciebie tego nie wymaga …
To tylko moja opinia, i sorry jeżeli poczułeś się że naskakuję na Ciebie … nie to miałem w zamiarze
Pozdrawiam
no tak, najlepiej nic nie wiedzieć o działaniu samochodu, pralki, suszarki do włosów…
tylko w ten sposób kierujemy się w stonę społeczeństwa, w którym trzeba pisać w instrukcji do suszarki, że nie wolno jej używać siedząc w wannie, a samochodu z chodzącym silniem w szczelnie zamkniętym garażu…
o tym że czasami wypada skontrolować ciśnienie w oponach, poziom oleju, itp nie wspominająć … przecież zawsze jest serwis
rodeif, me – nie zgadzam się z Wami. Od dziesięciu lat prowadzę samochód, nie mając pojęcia o tym, jak on działa. Od wielu lat oglądam telewizję, nie mając pojęcia o tym, jak działa telewizor. Podobnie mam z moją suszarką do włosów. Ba! Mieszkam w budynkach, choć nie mam pojęcia o tym, jak się je buduje…
Podział pracy (coraz węższa specjalizacja) jest czymś dobrym, a nie złym. Dzięki temu ktoś taki jak ja może jeździć samochodem i oglądać telewizję, choć nie ma pojęcia o tym, jak te przedmioty działają.
Gdybyś nie miał zupełnego pojęcia o rzeczach, których używasz to w wypadku np. samochodu dawno byś już zatarł silnik. Więc masz całkiem dobre rozeznanie nawet jeśli nabyte “niejawnie”. Trafniej by było napisać, że nie zna się szczegółów implementacji.
TPJ, mimo wszystko, jak każdy normalny człowiek wiesz że samochód ma silnik. Tak samo każdy normalny człowiek może wiedzieć że system operacyjny ma swój silnik. Nic w tym dziwnego nie ma.
Nadmierna specjalizacja prowadzi do śmierci.
Ależ dokładnie! Oprogramowanie jest dla użytkownika! Ale czemu nikt nie zwraca uwagi na to, że jest użytkownik, i użytkownik, i jeszcze inny użytkownik?
Ludzie mają różne potrzeby. Otwartość systemu pozwala mi zrealizować własne. Linuksa traktuję jak platformę, którą za cenę pewnej ilości czasu mogę idealnie dostosować do potrzeb. Dlatego po części rozumiem reakcje na forum Archa – to dystrybucja z tych, które zostały stworzone przez i dla autora, ale zdecydował się udostępnić ją innym ludziom, których filozofia nt. obecności i działania systemu operacyjnego są zbliżone. Oczywiście można to przekazać w grzeczniejszy sposób – chamstwo i brak kultury to niestety plagi wielu miejsc związanych z IT – ale dlaczego teraz ci ludzie mieliby rezygnować z zasad, dla których właśnie wybrali tę konkretną dystrybucję? Podsumowując: nie rozumiem i nie chcę akceptować narzucania jednego wzorca “potrzeb”, jednego szablonu “użytkownika”. Nie chcę niezależnie od celu, nawet jeśli jest nim popularyzacja Linuksa.
Tak czytam tę polemikę i zastanawiam się czy linuks musi być biały albo czarne
Wg mnie właśnie najbardziej fantastyczną sprawą jeśli chodzi o otwarte oprogramowanie, że przy tym stole jest miejsce dla wszystkich.
Po jednej stronie mamy zadufanych deweloperów tworzących wyłącznie pod siebie, ale i takie komercyjne rozwiązania jak Xandros z EEE PC.
Red Hat rozwija jądro i sterowniki, jest pionierem jesli chodzi o komercyjne wykorzystanie systemu, Mandriva chyba jako pierwsza stworzyła system z ludzką twarzą dla nowicjuszy, Debian rozwija GNOME, Novel rozwija KDE i próbuje jak najbardziej ułatwić współpracę z systemami MS, Ubuntu skupia się na tym by wszystko działało od ręki i stara się rozpropagowywać linuksa chociażby przez takie atrakcje jak Compiz-Fusion czy darmowe płytki, Gentoo pokazuje jakie pokłady tkwią w optymalizacji kodu itd.
Z drugiej strony mamy użytkowników którzy wykorzystują system jako serwer lub jako desktop, geeków i zupełnych laików, zwolenników gnome i kde, użytkowników darmowych i płatnych dystrybucji.
A wszyscy korzystają z tego samego kodu. To jest właśnie piękne
Zgadzam się z moimi przedmówcami … większość użytkowników interesuje to żeby komputer działał … a nie ważne jak …
i to chyba jest powód dlaczego Windows i MacOS są tak popularne … ludzie płacąc za te licencje kupują sobie jakiś komfort … i może właśnie dlatego że developerzy zaczeli słuchać i uwzględniać zdanie użytkowników ( co nie znaczy że developerzy nie mają nic do powiedzenia, bo nieraz oni mają racje ) Linux w ostatnim czasie zyskuje coraz więcej zwolenników …
choćby popularna dystrybucja Ubuntu … jest prosta i popularna ( i chyba taki był cel Canonical Ltd. )… albo Mandriwa tak samo, choć nienawidzę jej … a po 2-giej stronie użytkownicy Slackware … i wydaje mi się że w 95% są to zawodowcy którzy wiedzą jak ingerować w kod i którym dużo bliżej jest do developerów niż biernych użytkowników … i myślę że użytkowników Ubuntu dlatego jest po prostu więcej …
podejście że developer nie słucha “narzekań” użytkownika nie przyjmuję do wiadomości … IMHO bo być twórca oprogramowania to nie znaczy tylko pisanie kodu … myślę że jest wiele osób które także przyczyniają się do poprawy jakości oprogramowania nie pisząc ani kawałka kodu, a testując i “marudząc” że coś nie działa …
Pozdrawiam i gratuluję tak dobrego artykułu …
Mała uwaga. Użytkownicy najczęściej nie wiedzą, że płacą coś za Windows. Spotykałem się z opininami, że Windowsa dostali za darmo do komputera. Jak w takiej sytuacji go nie przyjąć, wypróbować, a zacząć rozglądać się za innymi porducentami/dostawcami?
Podoba mi się podejście co do konkurencji w świecie FLOSS. Wolne oprogramowanie działa właśnie, jak wolny rynek. Mnogość dystrybucji napędza rozwój. Najlepsze rozwiązania i tak w końcu zostaną szeroko wykorzystane i w końcu wszystkie najlepsze zostaną połączone. Twórcy dystrybucji muszą ciągle jednak starać się wymyślać coś innego.
Dodam jeszcze, że dzięki GNU/Linux normalny użytkownik może się cieszyć traktowaniem go, jak klienta przez MS. Wcześniej Microsoft spełniał tylko żądania dużych koncernów, które potrafiły jasno określić, czego potrzzebują. Teraz Microsoft zmienił podejście do projektowania aplikacji. Więc wraz z nastaniem konkurecncji, użytkownik przestaje być biernym odbiorcą również w świecie produktów zamkniętych.
Ludzie wolą coś co działa. A windowsy od 2000 po prostu działają.
Będziesz się grzebał w smarze, i ponosił koszty w postaci kilku tysięcy za wymianę rozrządu. Ogólnie i tak skończy się na jeżdzeniu do pracy autobusem
To tak jak z samochodem możesz kupić używaną Alfe Romeo 75 za 5k i będzie zajebista – kiedy będzie sprawna czyli przez jakieś 10 dni na 365 w roku
Ale możesz pójść do salonu i kupić za te 30tys (na kredyt no cóż) Dacie Sandero – po prostu samochód, nudnawy, wolny ale mający niebywałą zaletę – będzie działać 365 dni w roku a jak nie to masz gwarancje i swięty spokój
No i wszystko da się tani i łatwo naprawić bo w końcu w środku siedzą sprawdzone części.
Ruszasz ciekawy temat – serwis. Na Windows zna się dużo osób, na Linuksach “trochę” mniej
.
Więc dla porównania – ta pierwsza Alfa może mieć serwis za granicą, a Dacia za rogiem. No chyba, że samemu jest się mechanikiem
Tylko co mi po serwisie, który zamiast (jedynie!) przedmuchać zabrudzony gaźnik wymiania mi cały silnik? A potem każe samodzielnie go wyregulować?
Alfa 75 V6 wymaga wyjęcia całego silnika żeby wymienić właściwie co kolwiek bo jest tak ciasno tam że ledwo dolejesz olej
Wiem bo mam ten cudny wozik
@Do autora
Widzisz, jest jednak pewna subtelna różnica pomiędzy proszeniem o coś a żądaniem czegoś. Bo prośbą można uczynić zadość, ale nie można czegoś żądać, jeśli za coś się nie zapłaciło. Ktoś robi to za darmo i możesz z tego korzystać ? Uszanuj to.
A na jakiej podstawie założyłeś, że autor żądał, nie prosił?
Wcale nie stwierdziłem, że on żądał. Po prostu znam realia – nie raz spotykałem się na forach z postami typu:” Zrób!” a nie “czy mógłbyś…”
Nikogo nie obchodzi jakie znasz realia. Swoim komentarzem uczyniłeś konkretny zarzut dla autora, nieuzasadniony do tego.
a przepraszam, a Ty jesteś adwokatem Autora? Jeżeli On poczuł się obrażony, to napisze.
PS: Gratuluję bardzo fajnego arta
@MatCh: Zgadzam się i potwierdzam…
Zachęcam także do przyglądnięcia się przytoczonemu wątkowi na forum Arch. Świetnie oddaje to dość częstą sytuację… narzekamy ogólnie, ale by choćby wskazać o co właściwie chodzi to już ciężko.
Przecież można pomóc na wiele sposobów, choćby dokładnie wyjaśnić własną potrzebę, zgłosić buga, pracować nad tłumaczeniami, czy stroną wizualną projektu.
Tylko male ale ‘trzeba sie znac’ zeby powiedziec co konkretnie nie dziala np: “Moja kamerka nie dziala czy mozna prosic o wsparcie dla niej”, na odpowiedz: “A jaki model?” – autor tematu ( pytajacy ), ma pewnie podac model, ilosc Volt jaki na kablu wychodzi, ile ma pinów itd .. a moze odrazu ma podac gdzie w sterowniku jest blad i co tam wpisac? Przeciez on sie na tym nie zna! i nie moze jednoznacznie powiedziec co jest zle …
To zaczyna się od zgłoszenia usterki i poproszenie o pomoc w rozwiązaniu problemu, a nie od jęczenia na forum.
at – moloh: Z tego co sie orientuje to ponad polowa projektow jezeli ma ‘bug list’ to srednio na niej mozna uzyskac odpowiedz, co nie tyczy sie np kernel, kde czy innych ‘obleganych’ projektow, te pomniejsze poprostu nie maja a jak maja to jest jeszcze male ale ‘nie kazdy!’ uzytkownik pisze w jezyku angielski na tyle dobrze by napisac co gdzie i dlaczego, to ze ty umiesz, pani Zosia z kiosku nie … a tak by chciala sobie zaisntalwoac pasjansa …
@skiter
Pani Zosia sobie zagra w pasjansa i nie porównuj to kompletnie różnych rzeczy jak instalacja prostego programu i problemów ze sprzętem.
Aby zawitać na forum i wykazać się swoją postawą roszczeniową należy już być choć trochę technicznym. Serwisy typu bugzilla, o takim czymś pisałem wcześniej, nie wymagają żadnej magicznej wiedzy, by zgłosić tam problem.
Autor nie poczuł się urażony.
Zresztą trudno, żebym się tak poczuł… Nie pisałem o sytuacji, w której użytkownik czegoś *żąda* (czy nawet *prosi*), tylko o takiej, w której *zgłasza* jakąś usterkę.
Zresztą, w moim konkretnym przypadku, wyglądało to tak, że nie tylko zauważyłem usterkę (przestarzały pakiet), ale również ją naprawiłem i wysłałem e-mail do opiekuna pakietu z dokładną informacją (co jest nie tak i jak to poprawiłem). Nie otrzymałem nawet odpowiedzi.
Co do filozofii opisanych w artykule to najlepiej ustalić jakiś złoty środek, bardzo sobię chwalę kadu ponieważ jego developerzy taki środek IMHO starają się znaleźć, jak coś faktycznie jest poniszczone to naprawiają, jeśli jest coś do zrobienia to robią to. Ale także słuchają narzekań użytkowników jeśli takowe są sensowne
– które mogą zdobyć także tworząc oprogramowanie za pieniądze (skoro już nastawiają się na potrzeby klienta, a nie własne).
– a jednak mówisz deweloperom jaką mają mieć motywację (żeby robili to dla sławy, doświadczenia biznesowego – odmawiając im prawa do motywacji “zrób to co ci jest potrzebne”).
Więc może jedak poważniej wziąć to pod uwagę? Jeśli znajdą się deweloperzy chętni do realizacji cudzych, a nie swoich potrzeb w imę wspomnianego “doświadczenia biznesowego”, to od nich wymagać konkretnych rzeczy, a deweloperom realizującym własne potrzeby pozwolić robić to co chcą?
To czemu tak krytykujesz właśnie takie podejśćie? Bo ten tekst właściwie je potępia.
Bo przecież w tym gronie wszyscy (poza Tobą) dostawaliby pieniądze za robienie tego, co ci akurat jest potrzebne?
Generalnie wpis miał się odnieść do “pomysłu porównywania Linuksa do Windowsa czy MacOS-a. “, a zrobił się rozwlekłym wykładem roszczeniowego podejścia do życia.
Oczywiście że oprogramowanie jest dla użtykowników (nie licząc może “Hello World”)- tylko że wolne oprogramowanie jest zbudowane na założeniu, że TWÓRCA BĘDZIE UŻYTKOWNIKIEM, i to jego potrzeby mają wysoki priorytet.
I od tego można wychodzić w dalszych założeniach (np. deweloperzy będą chcieli, żeby linuks był popularny, bo może przyciągnie więcej deweloperów, będzie więcej otwartych sterowników i obsługiwanego sprzętu itp).
P.S. Moim skromnym zdaniem, co do
to na pewnych poziomach (bezpieczeństwo, funkcjonalność) i w pewnych wypadkach (np. dla użytkownika, admina, … wybierających co mają u siebie zainstalować) MA SENS. Rożnice w sposobie wytwarzania nie wpływają na to żę są to systemy pozwalające na użytkowanie komputera.
Ilu może być “domorosłych” deweloperów, najlepiej nastoletnich, którzy mogą się realnie wziąć za tworzenie oprogramowania za pieniądze? A może być takich, którzy mogą zacząć tworzyć OS, a później wykorzystać zdobyte doświadczenie w prowadzeniu własnego interesu (lub nawet w pracy dla kogoś)?
Nikomu niczego nie odmiawiam, nikomu niczego nie narzucam. Wskazuję tylko różnice pomiędzy dwoma “modelami” tworzenia oprogramowania.
Dlatego też wydaje mi się, że Twój kolejny komentarz jest chybiony.
Może nie tyle potępia, co raczej wskazuje na korzyści wynikające z przyjęcia innego podejścia.
A (niech już będzie, że) krytykuję dlatego, że w 99% przypadków jestem użytkownikiem, a tylko w 1% deweloperem.
Jakie pieniądze? Pisałem o dystrybucjach niekomercyjnych! Nie opisywałem drogi do zostania jednym z twórców Ubuntu, tylko np. Archa.
Można to zresztą odnieść do ogólniejszej sytuacji: jak przyłączyć się do grona twórców jakiegoś projektu FLOSS…
Nazywaj to, jak chcesz. Dla mnie to po prostu wolny rynek – rządzić powinien konsument (użytkownik), a nie producent (deweloper).
Wolny rynek to równowaga pomiędzy klientami (popyt) a dostawcami (podaż).
Jeśli użytkownik ma za duże wymagania, to producent po prostu ich nie spełnia…
Bardzo dobry artykuł.
Mam jednak pewne wątpliwości:
Zespół pracujący nad oprogramowaniem zwykle nie jest aż tak degradowany. Oprócz tego, że klient ma pomysł, to trzeba ten pomysł jakoś zaimplementować.
Po drugie, zespół musi być innowacyjny. Oprogramowanie ma jakiś czas życia. Między narodzinami i śmiercią wersji warto słuchać czy ktoś ma jakiś pomysł. Należy pamiętać też o tym, iż nie wszystkie pomysły klientów są wspaniałe – niektóre są wręcz idiotyczne (mimo, że oni sami uważają je za genialne). Klientów można potraktować jak kalkulator. Dopóki służą nam pomysłami na które nigdy byśmy nie wpadli, są wspaniali, jednak jeśli stajemy się sami z siebie coraz mniej innowacyjni i wysługujemy się użytkownikiem do tak prostych rzeczy, jak kalkulator-owe “2+2″, to oznaka śmierci.
Zespoły też powinny podlegać rotacji przynajmniej raz na czas życia głównej wersji. Jeśli idzie o floss, najlepiej być miłym i angażować młodych zdolnych, którzy nas zastąpią. To nie jest higieniczne pracować ciągle nad tym samym dłużej niż 2 lata.
Najważniejsze w wolnym oprogramowaniu jest głównie to by samemu być otwartym. Jeśli ktoś traktuje program jak własne dziecko nie pozwalając innym w jego rozwoju, powinien zmienić środowisko.
Ale pracując nad czymś krócej deweloperzy będą mieli mniejsze doświadczenie.
Gdzieś czytałem, że optimum to 5 lat – wystarczająco dużo żeby poznać projekt, wystarczająco powiększyć doświadczenie, żeby wnieć optymalny wkład do projektu
(dotyczy to zarówno pracy zawodowej jak i projektów hobbystycznych).
Świetny artykuł. Uważam, że open source nie powinno polegać tylko na otwartości źródeł, ale także na otwartości na dyskusję o rozwoju tegoż oprogramowania.
I takie też jest.
Ale dyskusja o czynieniu OpenSource oprogramowaniem dla idiotów raczej jest już zamknięta.
Ale jedna dystrybucja linuksa powinna być dla idiotów tylko po to by zdobyć popularność i zwrócić uwagę producentów sprzętu na ten OS.
Zgadzam się. Ale dystrybucja ma za zadanie wybrać oprogramowanie spośród dostępnego.
Jeżeli twórcom takiej dystrybucji czy użytkownikom nie odpowiada jakiś program, bo nie jest przeznaczony dla idiotów, to nie mają prawa wieszać psów na autorach i domagać się przerobienia programu, tak jak to dzisiaj wygląda.
Niech wybiorą inny program, albo napiszą własny na potrzeby dystrybucji. Albo zrobią forka.
Do autora: Z całym szacunkiem, mylisz pojęcia.
Istotą wolnego rynku jest, jak sama nazwa wskazuje, wolny przepływ towarów, usług i kapitału, bez interwencji Państwa i stawiania bzdurnych barier w celu zapewnienia partykularnych korzyści konkrentym grupom nacisku.
Zabieganie o klienta jest wynikiem presji konkurencji, która z tego wolnego przepływu towarów, usług i kapitału może wynikać i w wielu obszarach często wynika, ale wcale nie musi. Tak na marginesie, sztuczne stwarzanie konkurencji “dla dobra konsumenta” to nie jest podejście wolnorynkowe tylko socjalistyczne.
Dostawcy towarów i usług w wolnym rynku konkurują nie po to, żeby dogodzić klientowi z altruistycznych pobudek, tylko po to, żeby pozbyć się konkurentów poprzez ich kupno lub bankructwo i zdobyć monopol W społeczności FLOSS dużo mówi się o współpracy między projektami a nie wzajemnym się wybijaniu.
Programiści, którzy piszą oprogramowanie dla siebie i swoich kolegów nie muszą przejmować się osobami trzecimi, które powinny być raczej wdzięczne, że w ogóle dostają nie tylko binarki, ale i kod źródłowy za darmo. Nie muszą oni potrzebować bazy użytkowników, bo po co im błędy i sugestie zgłaszane przez innych, jeśli to ma działać tylko im samym.
Jeśli ktoś robi projekt FLOSS żeby przysporzyć popularności wśród zwykłych zjadaczy chleba sobie (CV i te sprawy), swojej firmie albo idei Wolnego Oprogramowania, to logiczne, że próbuje wdrażać rozwiązania ułatwiające pracę dla takich zwykłych użytkowników i jest otwarty na ich sugestie. Totalna porażka na tym polu wynika raczej z tego, że programista to nie projektant interfejsów a czarodziej niekoniecznie potrafi sobie wyobrazić interakcję z komputerem technologicznego analfabety. Speców od usability jest jak na lekarstwo i nie zawsze chcą pracować za darmo, a wiele projektów, mimo prób bycia bardziej user-friendly odrzuca pomoc projektantów tylko dlatego, że nie piszą kodu, co jest fatalne w skutkach. Bardzo często nie chodzi o to, że ktoś nie chce być user-friendly, tylko o to, że po prostu nie umie. I nie tyczy się to zresztą tylko środowiska FLOSS, a raczej oprogramowania w ogóle.
W tych kwestiach polecam choćby lekturę Humanized Weblog i innych źródeł i wyników badań, które ten blog cytuje. Jest dużo o samym Gnu/Linuksie.
Jak ktoś chce być traktowany jako klient i maszyna do robienia pieniędzy, to niech korzysta z własnościowego oprogramowania albo kupi sobie komercyjnego Gnu/Linuksa.
Sugerowanie, że ktoś, kto nie ma w tym kompletnie żadnego interesu, powinien przestawić się na dogadzanie użytkownikowi przeczy nie tylko ideom Wolnego Oprogramowania, Otwartego Oprogramowania, ale Wolności w ogóle.
Dodatkowo publicznie oczerniasz rmsa, bez którego nie byłoby nawet samego jądra Linuksa, już o systemie operacyjnym, którego używasz nie wspominając. To tylko pokazuje jak bardzo jesteś wdzięczny. Na szczęście nie założył on projektu GNU żeby dogodzić komukolwiek, tylko z osobistych pobudek. I dlatego ktokolwiek może teraz w ogóle używać Gnu/Linuksa.
Otóż to. Jak komuś zależy na użytkownikach to niech się o nich stara. Mi, prawdę powiedziawszy, nie zależy aby choć ćwierć osoby używała rzeczy do których coś tam dorabiam. Robię to tylko i wyłącznie dla siebie. I na pewno nie kiwnę palcem w imię jakiejś wyimaginowanej konkurencji o użytkownika (takiego, który mi nie płaci).
Z tymi specami od usability, to masz rację. W pewnym aspekcie z interwencją państwa również. Co jednak powiesz na sprawę BeOS-a? Microsoft zapłacił Dellowi za rozwiązanie umowy z Be Inc. Corporation i w efekcie sprzedawania wyłącznie ich systemów na komputerach Della. Tu też państwo nie powinno interweniować. Ten system nie wszedł na rynek, gdyż nie znalazł sie odpowiedni dostawca. Resztę jego upadku możemy zawdzięczać oczywiście przeciagającej się rozprawie z MS i Dellem, bo skąd mieli ją finansować, skoro ich system nie znalazł się na rynku? Więc nie do końca w pewnych kwestiach jesteśmy zgodni
.
Albo jeszcze w kwestii robienia nieuczciwej antyreklamy Netscape? W sumie to tutaj sytuacja wyglądała w porządku, ale Microsoft okłamywał swoich przyszłych klientów. Pokazywał im zaprojektowane przez siebie stronki w Netscapie i IE. Jak myślisz, która przeglądarka lepiej je wyświetlała?
Zarówno autor jak i przedpiśca krążą i krążą wokół sedna problemu jak wokół jeża. Źródło klęski leży w samych założeniach ruchu open source:
Powstaje pytanie, dlaczego? Albo, odwróćmy zagadnienie: dlaczego tylko programiści chcą pracować za darmo?
Odpowiedź na to daje właśnie model “zrób-to-sam”: programiście opłaca się wnieść kontrybucję na rzecz społeczności (=kod), bo tym samym uzyskuje możliwość korzystania z cudzego kodu w celu realizacji powierzonego mu zadania. Zamiast budować coś od podstaw, prościej przecież wziąć gotowe open source’owe komponenty, coś gdzieś poprawić i dopisać, a na końcu podzielić się stworzoną częścią w ramach podziękowania. Nawet jeśli oprogramowanie jest trudne w obsłudze, to dla zawodowca nie będzie to stanowić utrudnienia, a nawet jeśli, to i tak lepiej mieć program trudny w obsłudze niż nie mieć programu w ogóle. Model “zrób-to-sam” to wymierna oszczędność czasu, a czas to pieniądz.
A jaki zysk z kontrybucji dla open source może mieć spec od usability? Odpowiedź: prawie żaden, bo poprawienie programu open source nie wpłynie na efektywność pracy za którą mu się płaci; jedyny zysk to reklama/napychanie CV. To samo dotyczy artystów (plastyków), muzyków czy menedżerów. Nie dziwota więc, że model open source zawodzi wszędzie tam, gdzie potrzebny jest wkład nieprogramistyczny. Niewielka ilość (i kiepska jakość) open source’owych gier i aplikacji specjalistycznych w porównianiu do systemów serwerowych i programistycznych jest tego najlepszym dowodem.
Autor proponuje dalej, aby twórcy open source pisali “pod użytkownika”, a nie “pod siebie”. Niestety pomija istotną kwestię: co ma programista open source z kolejnego użytkownika? Otóż niestety nie ma nic. Dla programisty komercyjnego (czy ogólnie firmy produkującej oprogramowanie) użytkownik to konkretne pieniądze. Tymczasem dla programisty open source użytkownik to zbędny balast: nic nie wnosi, za to drze mordę na listach dyskusyjnych domagając się bugfixów i ficzerów.
Autor sugeruje, że tworzenie aplikacji open source “pod użytkownika” jest dobrym sposobem nabijania CV. Przeanalizujmy to twierdzenie. Z jednej strony, wkładając 1000 roboczogodzin (czyli pół roku) w projekt open source można zdobyć jakieś doświadczenie i (przy bardzo dużym szczęściu) znajomości. Z drugiej strony, poświęciwszy ten czas na pracę w MacDonaldzie za minimalną stawkę (845PLN/m-c, czyli 5.28PLN/h) dysponujemy kwotą 5280PLN, która pozwala np. na zakup potrzebnych książek i zdanie jakiegoś egzaminu certyfikacyjnego Microsoftu (albo kilku). A dla potencjalnego pracowadawcy “papier” jest znacznie bardziej wartościowy niż trudne do oceny i zweryfikowania doświadczenie z projektami open source. Z tego punktu widzenia, jeszcze korzystniej jest zatrudnić się za tę samą strawkę w pierwszej z brzegu firmie jako “informatyk” od resetowania Windowsów — dodatkowo zyskujemy udokumentowane doświadczenie zawodowe.
Reasumując. Model open source sprawdza się tylko określonych warunkach, a wszelkie próby przeniesienia go poza te warunki skazane są z góry na porażkę.
Spec od użyteczności zyskuje coś za wkład, jeżeli sam by korzystał z tych narzędzi. Może nie koniecznie jest to związane z jego pracą, ale coś zyskuje. Oczywiście nie spotyka się zbyt wielu takich przypadków. Z koleji grafik, jeżeli zrobi coś pod siebie(tapetkę, motyw, itd.), to bez problemu może to przecież opublikować. Z tym jest już znacznie lepiej. Zgodzę się, że w pozostałych sytuacjach(np. tworzenie grafiki do gier) jest to raczej nie opłacalne
. Co do pracy w MacDonaldzie przegiąłeś. Lepiej już resetować te maszynki z Windowsem.
Ja bym na tworzeniu aplikacji pod użytkownika spojrzał inaczej. Jeżeli wielu ludzi(w tym firm) będzie korzystać z naszego oprogramowania, to może jakiś pracodawca spojrzy na nas życzliwiej. Tylko po co szukać pracy, jeśli projekt będzie się mieć lepiej niż dobrze(przekroczy nasze oczekiwania, co może zaowocować jakimś grantem pieniężnym co jakiś czas)?
Popatrzmy na to tak. Kontrybucja dla projektu open source stanowi dla nas koszt (bo wydatkowaliśmy czas i pieniądze, a nic nie zarabiamy). Co więcej, wiedząc ile kosztuje godzina naszej pracy, możemy ten koszt łatwo określić.
Weźmy programistę. Jeśli musi/chce on wypuścić kod który pisał 10h, ale w zamian za to użycie kodu open source oszczędziło mu 100h pracy, to nie ma wątpliwości że wychodzi do przodu (o 90 stawek godzinowych z narzutami).
A spec od usability? Niech też spędzi 10h na poprawianiu interfejsu programu którego używa. Jakie musiałoby być przyspieszenie korzystania z programu, aby ten czas mu się zwrócił? I czy aby analogicznego przyspieszenia korzystania z programu nie uzyska on w krótszym czasie, po prostu wkuwając istniejący interfejs na pamięć?
Jeżeli, może, jeśli, może, jakimś grantem co jakiś czas. To jest wróżenie z fusów. A przepracowanie 1000 godzin w MacDonaldzie to jest pewne 5280PLN w kieszeni. Wypłacane regularnie po 845PLN miesięcznie. W tym układzie open source to mgliste wizje. MacDonald to konkret.
Co do grantów: w czasach gdy byłem programistą open source, pojawił się klient zainteresowany przyznaniem grantu na zaimplementowanie ficzera. Zrobiłem budżet po polskich rynkowych stawkach (a i tak wtedy znacznie niższych niż obowiązujące w jego kraju) i potencjalny grantodawca szybko się wycofał…
P.S. MacDonald to jest celowo ekstremalny przykład, chodzi mi o wykazanie głupoty argumentu autora polegającego na powoływaniu się na te potencjalne wielkie zyski z open source. Owszem pewne zyski się z tego osiąga (z własnego doświadczenia), natomiast jeśli rozliczyć koszty rynkowo, to efekt finansowy jest wyraźnie ujemny. Z drugiej strony jeżeli ktoś jest studentem z nadmiarem wolnego czasu na utrzymaniu rodziców, jest to dobry sposób nauczenia się programowania. Niestety praktycznie tylko wtedy.
W tym przykładzie z McDonaldem można jeszcze dodać to że jeśli ktoś wytrzyma tam pół roku zapewne może liczyć na jakąś podwyżkę lub awans. Z czasem zyski będą jeszcze większe. W przypadku studenta na utrzymaniu rodziców to też lepiej jest iść nawet do kiepsko płatnej pracy i zdobywać dużo cenniejsze doświadczenie komercyjne i znajomości – no i jeszcze będzie z tego trochę dodatkowej kasy na imprezy – słowem same plusy.
A czemu nie można pracować za tą małą stawkę, kupić sobie książek i po godzinach rozwijać oprogramowanie open source? To jest faktyczne doświadczenie w programowaniu, efekty twojej pracy są udokumentowane, sprawdzone i ocenione, a rozwiązane problemy rzeczywiste.
Żeby zrobić magistra inżyniera trzeba poświęcić ok. 5 lat studiów, zdać dziesiątki egzaminów, wykonać co najmniej kilka projektów. I co? Każdy magister jest wart swojego tytułu? Papier sam w sobie o niczym nie świadczy.
Tak – tylko jeśli zaczniesz ubiegać się o nową posadę to twoje umiejętności zostaną zweryfikowane standardowo:
- Czym Pan się tam zajmował?
- Czyli potrafi Pan…?
- A zatem jakby Pan rozwiązał następujący problem…
Ten czas okaże się zmarnowany jeśli nie będziesz zdobywał doświadczenia gdzie indziej.
Wybacz, ale zdanie certyfikatu (dowolnego) i przeczytanie kilku książek nie zrobi z ciebie programisty. Programistą stajesz się przez zdobywanie doświadczenia. A doświadczenie w dużym międzynarodowym projekcie jest bezcenne, szczególnie dla młodych ludzi, tuż po studiach. Nie deprecjonuję tu książek (choć sam wielu o programowaniu nie przeczytałem a radzę sobie w tym zawodzie chyba dość nieźle) i certyfikatów (zdałem tylko jeden, Suna, bo akurat i tak cały materiał do niego miałem opanowany, a pracodawca nalegał na zbieranie certyfikatów), ale to nie zastąpi nigdy doświadczenia w zawodzie.
Pół roku w MacDonaldzie to pół roku wycięte z życiorysu. Jeśli jakikolwiek czytający mnie początkujący programista ma taki kretyński pomysł to niech czym prędzej odezwie się do mnie, na pewno zjadę co najmniej kilka lepszych metod spędzenia tego czasu połączonych ze zdobywaniem doświadczenia w prawdziwych projektach.
Zależy, co programujesz. Jeżeli dostajesz łopatologicznie opisaną logikę biznesową aplikacji, to faktycznie “biegłość i doświadczenie w klepaniu” rządzi, a certyfikaty, wykształcenie, wyobraźnia itp są na dalszym planie. Jeżeli musisz sam coś zaproponować, albo – o zgrozo – przyłożyć rękę do projektu, w dodatku bardziej specjalistycznego niż n-ty webowy front-end dla czegoś tam, na równi z wprawą i doświadczeniem zaczyna się liczyć kultura pracy, przygotowanie teoretycznie (dotyczące tak programowania jak wiedzy specjalistycznej z danej dziedziny), ba nawet przyzwyczajenia. Certyfikaty, o ile są oczywiście przydatne w ograniczonym stopniu, to dają gwarancję poziomu minimum – szczególnie te, o których utrzymanie należy aktywnie zabiegać pracujac w zawodzie.
Krzy zdawał się twierdzić, że wystarczy “czytanie książek” i “zdawanie certyfikatów” co jest oczywistą bzdurą. Ty Budyń wkładasz w moje usta tezę, jakoby liczyło się tylko doświadczenie, co jest bzdurą równie oczywistą.
Konkluzja jest chyba jedna — liczy się zarówno doświadczenie jak i wiedza teoretyczna. I żadna z tych rzeczy nie jest w stanie zastąpić tej drugiej. Do sukcesu w tym zawodzie potrzebne są obie.
B.
PS. Książki to nie jedyny sposób zdobywania wiedzy. Są też studia, są tutoriale internetowe, jest w końcu samodzielne studiowanie kodu oraz uczenie się od innych.
Sam mam z książkami złe doświadczenie. Dobrych książek jest jak na lekarstwo i mi osobiście łatwiej jest zdobyć wiedzę w Internecie.
To tak tylko w ramach wyjaśnienia.
To ja dorzucę swoje 3 grosze bo jestem obecnie na etapie szukania pracy a i przerabiałem już opisane wyżej scenariusze. Pomysł w rodzaju McDonald plus samodzielna nauka\praca po godzinach jest jakby tu delikatnie określić nietrafiony. Potencjalny pracodawca będzie kwestionować w takim przypadku chęć i motywację do pracy w branży IT. Może na spodziewać się na rozmowie kwalifikacyjnej docinek i śmiechów. Oczywiście zakładam że osoba która proponowała takie scenariusz mieszka z rodzicami bo nie możliwe jest samodzielne utrzymanie się za 845 zł miesięcznie gdziekolwiek w Polsce. Nie lekceważyłbym pracy w charakterze “ciecia od windowsów” wcale nie jest to taka łatwa i przyjemna praca. Polega ona na użeraniu się przez 8h z osobami będącymi totalnymi ignorantami w sprawach użytkowania komputerów, pracy z ograniczonym budżetem itp. W takim przypadku obawiałbym się czy starczy chęci i ochoty na doszkalanie się po pracy no i bardzo wątpię czy na kimś zrobi wrażenie doświadczenie na stanowisku “informatyka od resetowania windowsów”. Odnośnie nabijania CV doświadczeniem w Open Source, dużo zależy do kogo ono trafi. Jeśli z dokumentami zapoznają się “mądre” panie z human resources to tego typu doświadczenie najprawdopodobniej zostanie zupełnie zignorowane bo panie nie orientują się w branży. Natomiast osoby zaznajomione z IT doświadczenie przy projektach nie komercyjnych traktują drugorzędnie – jako te mniej ważne. Jeśli ktoś z was myśli o karierze programisty to polecam po pierwsze skończenie RENOMOWANEGO wydziału informatyki, po drugie rozpoczęcie pracy w zawodzie już w czasie studiów tak na 3 – 4 roku a po trzecie wyspecjalizowanie się w konkretnej tematyce. W takim układzie kończąc studia ma się dyplom dobrej uczelni, plus 2 – 3 lata doświadczenia w konkretnej technologi. W każdym innym przypadku nie warto zajmować się tą dziedziną, lepiej wcale nie iść na studia lub na takie gdzie jest dużo dziewczyn.
A ja np nie skonczylem studiow i mam wiedze o niebo wieszka niz ’spora czesc’ studentow i co teraz? Nic! Nie znajde pracy bo paierowy swiat mi na to nie pozwala, co z tego ze wiem o 90% od kolesia po 5 latach studiow jak nie ma papierka.
), gdzie liczy sie ‘renoma uniwerka’ a nie wiedza ktora sie faktycznie posiada.
To ze ktos skoczyl studia i mial 3 lata? ( to juz zakrawa na lol – bo ja np ucze sie programowac od 6 lat i dalej umiem tyle co kot naplakal bo sa JESZCZE LEPSI! ), to po tych 3 latach co umie tak z reka na sercu nie wiele … umie napisac “hallo world” w 3 jezykach i na tym sie jego wieda konczy umie ‘terorie’ a nie ‘praktyke’ gdzie ja go zaginam na kazdym mozliwym zakrecie z ‘praktyki’.
Moim zdaniem studiowac z ‘pasja’ anie studiowac ‘bo trzeba’ a ten drugi element dosc czesto i gesto wystepuje :/.
Zeby nie bylo smutno i krytycznie do ’studentow’, sa ludzie i znam ich osobiscie, poszli na studia i maja taka wiezdze ze szcena opada, ale co z tego jak zyjemy ‘w polsce’ ( no urodzilem sie tma wiec tak to mozna ujac bo aktualnie uk
Masz rację, że nie każdy po studiach (nawet na dobrej uczelni) będzie lepszym programistą od samouka. 90% jednak będzie i stąd wiele firm idzie na łatwiznę, odsiewając po prostu osoby nie spełniające kryteriów formalnych. Aha, w UK też w poważniejszych firmach liczy się m.in. renoma uniwersytetu, więc tu bym uważał w najeżdżaniu na nasze polskie realia.
Nie lekceważyłbym też teorii. Jej znajomość bywa przydatna w najdziwniejszych momentach. Podobnie jak ogólne obycie.
@skiter: A tak zupełnie offtopicznie, to postaraj się pisać w sposób zrozumiały, pełnymi zdaniami i poprawnie po polsku. To też na pewno pomoże w zrobieniu dobrego pierwszego wrażenia.
Wyjaśnienie do przykładu z MacDonaldem, bo widzę że nie został zbyt dobrze zrozumiany.
Autor artykułu postulował pracę nad projektem open source jako dobrą metodę napychania CV. Praca nad projektem open source to jest wydatek czasu, zerowe wynagrodzenie i wątpliwy wkład w CV. Wątpliwy dlatego, że bardzo dużo zależy od osoby która będzie to CV czytać. Jeśli jest to np. pracownik działu kadr który ma przykazane szukać nazw konkretnych certyfikatów, to nic to nie da.
Przykład z MacDonaldem został celowo dobrany jako szokujący, ale zauważmy że z punktu widzenia napychania CV jest to strategia znacznie lepsza: umożliwia umieszczenie w CV nazw certyfikatów, które akurat mają wymierną wartość przy ocenie życiorysu przez pracodawcę. Co więcej, biorąc pod uwagę wymagania dla wielu z tych certyfikatów, w czasie poświęconym na pracę nad projektem open source można ich spokojnie zrobić nawet kilka, co daje kilka punktów w życiorysie zamiast jednego.
Kol. michuk ma tutaj rację, że praca na projekcie open source pozwala na zdobycie doświadczenia zawodowego. Tyle że, znowu, uznanie przez pracodawcę pracy nad projektem open source jako doświadczenia zawodowego jest wątpliwe: po prostu dlatego, że tego typu doświadczenie jest trudno weryfikowalne. Jeśli ktoś przez pół roku pracował jako facet od resetowania windowsów albo przewracania hamburgerów, to wiadomo że robił to po 8h dziennie. Tymczasem pół roku pracy nad projektem open source nic nie mówi, bo trudno ustalić czy ktoś pracował nad tematem po 1, 2, 4, 8 czy 16 godzin dziennie. Pracodawca przesłuchujący kandydatów nie ma z reguły czasu ani ochoty grzebać godzinami w Googlu weryfikując ich kontrybucje.
Co do zarzutu że w Polsce nie da się przeżyć za 845PLN/m-c netto — pewnie że się nie da. Ale tym bardziej nie da się przeżyć za 0PLN, a dokładnie tyle zarobimy pracując nad projektem open source.
Reasumując: Studencie, odpuść sobie open source i idź do normalnej pracy. Najlepiej związanej z przyszłym zawodem.
A ja lubię sobie pogrzebać w Google nt. kandydata którego mam ew. zatrudnić. Jeśli ktoś powiedziałby mi na rozmowie, że np. spędził pół roku na implementacji podsystemu bitmap dla Wine to dałoby mi to znaczną wiedzę nt. kandydata: a) zna dobrze C (bo inaczej Alexandre odwaliłby jego łatki), b) zna dobrze część WinAPI — czyli potrafi efektywnie używać MSDN. Jest sumienny i nie przejmuje się krytyką (bo Alexandre…).
Jakbym szukał kogoś do pisania dekoderów i odtwarzaczy multimedialnych na komórki to doświadczenie z pracy nad ffmpeg/gstreamer/mplayer itp. bardzo by pomogło kandydatowi. Praca w MacDonaldzie czy certyfikaty raczej nie. Dobre studia z dobrą matematyką tak.
@Krzy: Najlepiej, jakby to była praca związana z rozwijaniem jakiegoś programu OpenSource
.
Proszę, jaki ciekawy komentarz! Tak się składa, że na ekomomii trochę (ale tylko trochę, bo przeczytałem tylko parę książek Misesa i Rothbarda, oraz jedną Sowella) się znam.
Przede wszystkim radziłbym się nie sugerować tak bardzo tą nazwą “wolnorynkowa” (w odniesieniu do filozofii tworzenia oprogramowania). Wskazałem pewne podobieństwa pomiędzy wolnym rynkiem i tą filozofią, a nazwę zapożyczyłem w całości.
Ale do rzeczy.
Przede wszystkim: nigdy nie przypisywałem producentom altruistycznych pobudek. W opisanych mechanizmach rynkowych zaakcentowałem natomiast fakt, że motywacja klientów może być odmienna od motywacji producentów. Podkreśliłem, że nie ma to żadnego znaczenia – na wolnym rynku i tak rządzi konsument, który motywacją producenta może się w ogóle nie przejmować.
Tutaj to już przesadziłeś. Głównie z interpretacją tego, co napisałem.
W tekście porównałem dwa różne podejścia do tworzenia oprogramowania. Wymieniłem ich zalety i wady. W istocie, sam zdecydowanie bardziej wolę podejście “wolnorynkowe” – ale na jakiej podstawie stwierdzasz, że cokolwiek komukolwiek sugeruję?
Deweloperze, postępuj, jak chcesz. A potem ponieś konsekwencje tego, co zrobiłeś. Tylko tyle i aż tyle.
Nie: oczerniam, tylko: wyrażam moje własne zdanie na jego temat. Czy taki zwolennik Wolności (przez duże “W”!), jak Ty, chce mi tego zabronić?
A wyrażam to zdanie na podstawie paru jego wypowiedzi, które przeczytałem. Dla mnie RMS jest fanatykiem – i dlatego trzymam się od niego z daleka (w sensie ideologicznym).
I żeby była jasność: jego (w moim osobistym odczuciu) fanatyzm nie ma niczego wspólnego z tym, jakie oprogramowanie on stworzył. Na podobnej zasadzie potępiam Reisera za to, że zamordował swoją żonę (gwoli ścisłości: przyznał się do tego), ale doceniam za to, że stworzył system plików, z którego korzystam.
A tak na marginesie, to nigdzie nie pisałem o “sztucznym stwarzaniu konkurencji”. No – chyba że ta Twoja uwaga nie dotyczyła konkretnie mojego tekstu, tylko była ogólna.
Nie chcę wchodzić w dyskusje ideologiczne o ustrojach i systemach gospodarczych (choć korci mnie np. zderzyć prezentowane tu teoretyczne idealizmy rynkowe z rzeczywistością marketoidalno-korporacyjną, wypaczającą się co i rusz w kierunku różnych monopoli… ale to inny temat).
Mam natomiast trzy uwagi do artykułu i całej dyskusji:
1. Charakterystyczna dla świata FS/OS idea aktywnych użytkowników-współautorów jest sama w sobie bardzo cenna (zarówno z technicznego, jak i społecznego, czy może nawet podmiotowościowo-ludzkiego punktu widzenia) — zarazem warto podkreślić, żę nie jest ona sprzeczna z respektowaniem faktu, że oprócz tych aktywnych i obeznanych z techniczną i kulturową materią FS/OS, istnieją również ci “zwykli i szarzy” bierni użytkownicy, nierzadko będący w większości (choć to oczywiśćie zależy od charakteru projektu — patrz niżej).
2. Nie mieszajmy 2 różnych kwestii: prawa do *żądania* czegoś od konkretnego autora (użytkownik rzecz jasna nie ma takiego prawa, jeżeli twórca/producent mu tego nie obiecał, np. pobierając za program opłatę) z niezbywalnym prawem do *krytyki* opublikowanego dzieła (którą zresztą rozsądni autorzy oprogramowania cenią; ci, którzy zbywają ją gadaniem w stylu “jak się nie podoba, to zrób se lepsze”, sami strzelają sobie w stopę — nawet gdy chodzi im tylko o rozwój oprogramowania na własne potrzeby).
3. Jeżeli ktoś, stworzywszy lub przerobiwszy program, *publikuje* efekty swojej pracy, to raczej nie (współ)tworzy programu *tylko* dla siebie (inaczej po co by go publikował), z pewnością zaś wystawia go na publiczną krytykę (patrz punkt 1.).
Może być oczywiście i taka (opisana w artykule) sytuacja, że włączam się w prace nad programem tylko po to, by dodać do niego funkcjonalność, której brakuje mi jako użytkownikowi — ale i wówczas mam obowiązek (zarówno w sensie moralnym [moje działania mają wpływ na życie innych] — jak i w sensie potrzeby dobrej roboty technicznej) uwzględniać zdanie i potrzeby innych (zarówno współautorów, jak i użytkowników), co najmniej w stopniu wynikającym z charakteru projektu, a więc przede wszystkim z przeznaczenia tworzonego programu, ale również motywacji autorów itp. (bo, rzecz jasna, inaczej ma się sprawa z niszowym projektem, którego autorowi/autorom chodzi po prostu o stworzenie potrzebnego mu/im narzędzia a publikacja kodu następuje niejako przy okazji, zaś inaczej — gdy celem jest soft z założenia adresowany do szerokiej rzeszy użytkowników).
Liczy się zawsze. Sam zachęcam do zgłaszania błędów w PLD czy to w formie maila czy raportu na bugzilli/launchpadzie. Nie oznacza to jednak, że automatycznie developerzy rzucą się do naprawienia błędu czy implementacji usprawnienia. Rzucą się Ci, którym ten błąd przeszkadza lub którzy się nudzą i chcą poprawić to i owo.
Znów przykład z PLD… PLD nie powstało dla ogólnie pojętych użytkowników. Powstało dla swoich własnych developerów oraz pośrednio użytkowników, którzy są na tyle zaawansowani i wiedzą czego chcą, że tak czy owak docelowo staną się developerami. Zaczną implementować swoje własne udogodnienia, dodawać przez siebie używane programy do dystrybucji itd. (To jest wygoda… uogólniając – dodajesz coś raz i masz to na wieki w dystrybucji).
Ogólnie myślenie, że celem każdego projektu jest światowa dominacja to gigantyczna pomyłka. Ot zereg projektów, które istnieją, są utrzymywane przez twórców i dla twórców, a przy okazji projekty są udostępniane dla każdego chętnego. Bez wyższych celów czy filozofii.
A ja się zgadzam z poglądem, że powinno się wiedzieć, chociaż mniej więcej na czym polega działanie rzeczy, których używamy. Jak ktoś już wcześniej powiedział społeczeństwo staje się coraz głupsze. Wiem że linux tego nie zmieni, ale czy to znaczy że musi pomóc to pogłębiać? Sorry, ale jak w skrajnych sytuacjach wzywa się informatyka do instalacji BearShare pod windą (słyszałem o takiej sytuacji), który kasuje za to kilkadziesiąt złotych, to sam nie wiem czy mam się śmiać, czy płakać. Przecież tam jest wszystko napisane czarno na białym, i wystarczy tylko umiejętność czytania ze zrozumieniem. Ten problem nie tylko występuje w sferze informatyki, ale w każdej dziedzinie życia. Np pamiętam czasy, jak w szkole ściągano ode mnie na teście czytania ze zrozumieniem (sic!). O czym to świadczy? O tym, ze społeczeństwo jest coraz głupsze. Im więcej firm stara się produkować produkty Idiotoodporne, tym więcej osób oducza się myślenia. Pomyślcie, co sie stanie jeśli ten trend się utrzyma? Jak bardzo upośledzeni będą nasi potomkowie za kilka pokoleń? Ten trend podobno działa już od bardzo dawna, słyszałem że dzisiejsi magistrowie mieliby problemy ze zdaniem przedwojennej matury. W każdym razie, zmierzam do tego, że powinniśmy wiedzieć jak najwięcej o rzeczach których używamy, nie oduczać się myślenia. W każdej dziedzinie życia, nie tylko w informatyce.
Społeczeństwo nie staje się coraz głupsze z powodu oprogramowania(a przynajmniej nie tylko), ale z powodu trzymania nauczycieli zbyt długo w zawodzie. Nauczyciel powinien mieć prawa przejścia na wcześniejszą emeryturę jak najwcześniej. Sam byłem uczniem i wiem, co powoduje obecna sytuacja. W szkołach się przeważnie tylko siedzi, nauczyciele są zazwyczaj ignorantami, a pracuje się wyłącznie w domu. Można by wliczyć czas, który uczniowie spędzają w szkole do czasu rozpoczęcia studiów. W studiach podobna sytuacja jest nawet dobra, bo studentom nie odbiera się czasu na naukę i odrabianie zaległości w domu.
Co do programów to masz rację. Nie każdy zostanie bo wsze czasy normalnym użytkownikiem. Dla osoby wymagającej czegoś więcej od swojego programu, rozlokowanie bardziej zaawansowanych funkcji programu w nieprzystępnych miejscach może być dużym utrudnieniem lub spowodować, że nigdy się z nimi nie zapozna. Dlatego preferuję model zapoznania się na początku z możliwościami aplikacji, a nie odszukiwania na początku znanych ci funkcji(które o dziwo są w tych samych miejscach w każdym programie), zanim zaczniesz coś robić.
OT:
Problemem nie jest trzymanie nauczycieli zbyt długo w zawodzie.
Problemem jest to, że nauczycieli (na wszystkich szczeblach) nie obejmuje żaden funkcjonujący system oceny osiągnięć zawodowych. Funkcjonujący, czyli: jeśli więcej niż x procent uczniów/studentów nie zdaje egzaminu, ocena negatywna. Dwie oceny negatywne = zwolnienie z pracy.
Masz rację, ale nie do końca. Nawet dobry nauczyciel, który angażuje się w swoją pracę, miałem szczęście na takich trafić, nie nauczy niczego kogoś, kto oduczył się myślenia. O ile wykuć coś potrafi, o tyle ćwiczeń “na inteligencję”, gdzie wystarczy trochę pomyśleć, już nie przebrnie. A to wszystko dlatego, że społeczeństwo w XXI wieku jest oduczane myślenia. Nie tylko w świecie oprogramowania, ale w każdej branży. Teraz, żeby czegoś używać nie trzeba wiedzieć choć w małym procencie jak to działa. Dlatego właśnie niektórzy ludzie w ogóle nie myślą. Upraszczanie wszystkiego ma swój cel, i nie twierdzę że jest złe, ale nadmierne upraszczanie sprawia, że społeczeństwo staje się upośledzone intelektualnie. Koniec końców, można wyprodukować bardzo prosty program, ale społeczeństwo i tak wychoduje idiotę, który sobie z nim nie poradzi. Przecież już teraz, gdy w windzie wyskakuje okienko z jakimś komunikatem, gdzie jedyny button do wybrania to OK, można usłyszeć pytanie “I co teraz zrobić?” Paranoja. Ludzie w XXI wieku chełpią się, że są cywilizowani, a to tak na prawdę w większości motłoch, który nie wiele się różni od średniowiecznego ciemnogrodu. Tylko warunki się trochę zmieniły.
A ja dozuce ze jest C#, ktory potwierdza regole – nie mysl tylko napisz! – kchem …
@/bin/laden: W niektórych przypadkach jest to bardzo mądre pytanie. Jedynym problemem jest to, że użytkownik zadaje takie pytanie odnośnie komunikatu, który informuje go o zakończeniu czynności zleconych przez użytkownika, np. “Program zakończył swoją pracę”. Natrafiłem na przykład, że użytkownik miał oddać pracę do szkoły zrobioną… w MS Paint. Na pytanie czy zapisać zmiany nie wiedział, co ma nacisnąć, a ja nie mogłem dojść do porozumienia. Najśmieszniejsze było to, ze On nie chciał zapisywać zmian… On chciał przywrócić starszą wersję, ale mi o tym nie powiedział. Wytłumaczenie mu, że może nacisnąć anuluj,plik>zapisz jako było dla mnie zbyt trudne. Powiedziałem mu, żeby zgodził się na nadpisanie starego dokumentu. Tak powinno być najlepiej, bo jakby miał dane na pendrive, to by nie musiał nic kopiować. Było to podyktowane tym, że niektórzy ludzie wołają mnie, aby odnalazł im przed chwilą zapisywany dokument. Nie wiedzą oni często, gdzie dokument został zapisany i potrzebują informatyka, by im go odnalazł. Powracając do historii. Koniec był taki, że zostałem wyzwany, moje prośby o możliwość znalezienia kopii zapasowej(program ją robi?) lub starszej wersji okazały się daremne i zostałem wyrzucony za drzwi. Tamtej osobie na pewno bardziej się oberwało za nieukończenie pracy. I jak mam nazwać cechy takiego człowieka wykazane podczas użytkowania komputera?
Wiedzieć warto, ale nie można wymagać, żeby każdy znał się na wszystkim: na działaniu komputera i systemu operacyjnego, silnika używanego samochodu, szczegółach mechanizmów działania zażywanych lekarstw, mechanizmach chemicznych towarzyszących trawieniu spożywanego jedzenia.
Choć zgoda, że w tego typu sprawach, jak leki czy jedzenie pewien poziom wiedzy jest niezbędny do świadomego decydowania o jakości swojego życia; potrzeba ta dotyczy również rozumienia codziennej rzeczywistości w skali mikro i makro, relacji i mechamiznów społecznych etc. — w to rówież wchodzi pewien zakres wiedzy o technologii informatycznej, towarzyszących jej szansach i zagrożeniach (np. tematyka bezpieczeństwa danych osobistych, czy też bardzo słabo znana ogółówi problematyka DRM i w ogóle ograniczania dostępu do kultury). I przede wszystkim na to powinno starczyć czasu (bardziej niż na roztkliwianiem się nad sposobem zainstalowania sterowników X w Ubuntu czy sposobie wymiany uszczelki w pralce — chyba, że ktoś to lubi i/lub z tego żyje).
Tylko tej wiedzy nie przekażemy tworząc mniej ergonomiczne i bardziej zawiłe w obsłudze oprogramowanie, ani nie przeszkodzimy jej tworząc oprogramowanie przyjazne niedoświadczonemu użytkowniowi — raczej odwrotnie, choć i tak w minimalnym zakresie, bo klucz leży gdzie indziej (w prowadzeniu rozmaitymi środkami sensownej edukacji).
Może nie będę oryginalny, ale od pewnego czasu dociera do mnie, że jednym z ważniejszych kryteriów oceny programów (a także systemów operacyjnych, itd) jest czy “dobrze działa”. Oznacza to bowiem ni mniej ni więcej tylko stopień przydatności danego programu do spełnienia pewnych potrzeb użytkownika.
Powoli i ze zdziwieniem odkrywam także fakt, iż stosowanie systemów linuksowych w biznesie (np. serwer) czy w systemach wbudowanych (router, palmtop, itp.) ma bardzo dużo sensu – zarówno finansowego, praktycznego (dostępny kod źródłowy) jak i ideologicznego. Natomiast stosowanie jako główny desktop do codziennej pracy dla większości ZU raczej sensu nie ma. Przyczyna? Bo w Linuksie (jak na razie) to i owo im nie działa, a więc nie spełnia podstawowego kryterium przydatności.
Nie pozostaje nic, tylko słuchać użytkowników i pracować nad zmianą stanu rzeczy – ze stanu “nie działa” do stanu “działa”. I dotyczy to wszystkich, deweloperów, zgłaszaczy błędów, pomysłodawców, wizjonerów, ideologów, [wstaw coś swojego]. Trzeba słuchać (!) – ze zrozumieniem i wyrozumiałością. “Kto ma uszy niechaj słucha” – jakże to prawdziwe w światku FLOSS…
Ja też gratuluję autorowi ciekawego artykułu.
Częściowo masz rację. Wyobraź sobie użytkownika, który sam sobie instaluje system. I co teraz? Ponieważ Windows XP może działać na niektórych urządzeniach na których nie działa Vista i na odwrót, jako przykład weźmiemy XP. Wyobraź sobie teraz użytkownika(początkującego), który sobie sam instaluje ten system, wyszukuje sterowniki, instaluje je w odpowiedniej kolejności(SIC!), bez problemu znajduje potrzebne aplikacje na Google, itd. Wiele systemów GNU/Linux rządzi się takim podejściem, że jak najwięcej sterowników ma być wpakowanych w system. Nawet, jeśli wychodzi nowy sprzęt, to częstotliwość wydań(dystrybucji, nie jądra) pozwala na dość szybkie dołączenie danego sterownika. Obecna sytuacja oczywiście powoduje, że dostając laptopa z preinstalowanym systemem Windows nie mamy problemów. Samodzielna instalacja to jednak bolączka. Inne założenia mają jednak systemy GNU/Linux. Tutaj instalacja jest banalnie prosta. Nie wspominając o możliwości przeglądania internetu podczas tego procesu. Może obecna sytuacja jest, jak opisałeś, jednak systemy Linuksowe przeważnie wystarczyłoby tylko doszlifować i zachęcić koncerny do stworzenia sterowniki bez nałożonych restrykcji na dystrybucję czy redystrybucję.
Człowieku – bredzisz; najwyraźniej żadnego współczesnego Windowsa nie instalowałeś w życiu. Szczególnie, na więcej niż jednym komputrze. A tekst o wyszukiwaniu i kolejności sterowników, to w ogóle z kosmosu…
Owszem, odrobina wprawy + minimum wiedzy i normalne dystrybucje (Debian) da się prosto zainstalować już od dawna, ale cała reszta to przepaść. Tylko po co ja to ideowcowi tłumaczę…
BTW: Co to za dystrybucja GNU/Linux ? LFS ?
Nie bredzę. Sam miałem problem z nieprawidłową kolejnością zainstalowania sterowników na Windowsie XP. Niestety, to stery trzeba instalować w konkretnej kolejności. Najpierw do płyty głównej, itd.
Nie wchodząc w dyskusje w stylu, kto tutaj bredzi: Sławek pisze bolesną prawdę (bolesną zwłaszcza dla adminów, którzy muszą administrować siecią desktopów w firmie…).
+ vide post antoszki rozwijający temat problemów z instalowaniem XP (w szczególności na nowszych komputerach)
Jeśli zaś chodzi o GNU/Linux — są dystrybucje, których instalacja, o ile nie natrafimy na problemy z obługą sprzętu (patrz mój post poniżej), jest banalnie prosta. Są też oczywiście przeznaczone dla zaawansowanych — ale nikt nikomu takich nie każe wybierać.
A że Linux ma swoje słabe strony (również patrz mój post poniżej), to osobna sprawa…
PS. Ostatnio instalowałem Windows XP na niezbyt nowym i niezbyt wypasionym desktopie — i byłem mile zaskoczony: nie wystąpiły żadne problemy, nie trzeba było robić dziesięciu resetów (choć z dwa-trzy były konieczne). Trzeba było oczywiście powyłączać niektóre irytujące ficzery (patrz post Antoszki) oraz niestety ręcznie zainstalować sterowniki do dźwieku, grafiki i netu — trudno więc porównywać to z Ubuntu PL, które na tym samym sprzęcie działa out of the box, a sama instalacja jest prostsza (a czas trwania raczej zbliżony). Oczywiście w przypadku każdego z ww. systemów wiele zależy od obsługi konkretnego sprzętu — a jeżeli jej nie ma OTB, od łatwości jej dodania (z tym w Linuxie bywa już często słabo, choć i Windowsy potrafią sprawiać nieprzyjemne niespodzianki).
Co do sedna: czy można *porównywać* GNU/Linuxa z Windows lub MacOS — tutaj trzeba zapytać o kryteria porównań. Są takowe, dla których nie ma to sensu (np. wyniki sprzedaży), jednakże dla tych, które jak rozumiem najbardziej nas w tym wypadku interesują, czyli:
* komfortu pracy użytkownika, w szczególności początkującego (zwłaszcza, gdy mowa o zastosowaniach biurkowych), w tym również dostępności i jakości pomocy technicznej,
* komfortu pracy administratora (zwłaszcza, choć nie tylko, gdy mowa o zastosowaniach serwerowych), w tym również dostępności i jakości dokumentacji technicznej,
* przydatności rozumianej np. jako dostępność i jakość oprogramowania potrzebnego w różnych dziedzinach zastosowań,
* kompatybilności z istniejącym sprzętem,
* bezpieczeństwa i innych walorów technologicznych,
* walorów społeczno-kulturowych,
* itp. itd.
– porównania jak najbardziej mają sens.
Jeżeli np. chodzi o komfort pracy początkującego użytkownika — to jeszcze parę lat temu w przypadku GNU/Linuxa było z tym słabo, ale obecnie takie np. Ubuntu wydaje mi się nieco przewyższać np. Windows XP/Vista (zaznaczam, że to tylko moje subiektywne wrażenie). Jeżeli chodzi o poruszaną wyżej łatwość instalacji — takie np. Ubuntu instaluje się znacznie szybciej i zadaje mniej kłopotkiwych pytań.
Jeden warunek: że nie mamy do czynienia ze sprzętem, z którego obsługą są problemy (których przyczyną nie są na ogół zresztą wady systemu, lecz przytłaczająca dominująca pozycja Windowsa w zastosowaniach desktopowych i związana z tym postawa producentów sprzętu, zwłaszcza tego konsumencko-masowego, typu tanie drukarki/skanery, kamerki internetowe etc. — co oczywiście nie zmienia faktu, że obiektywnie pod tym względem Linux wypada gorzej).
Jeżeli chodzi o komfort pracy administratora, to, o ile wiem, znacząca większość preferuje Linuxa (i trudno się dziwić — od administrowania Windowsami boli ręka, a i głowa nierzadko, w sytuacji, gdy system na coś się “naparł” i nie da się tego nijak odkręcić).
Jeżeli chodzi o zastosowania w rozmaitych dziedzinach (a więc przede wszystkim istnienie dobrego oprogramowania)… Są dziedziny (w szczególności zastosowania serwerowe, ale też np. przetwarzanie danych, w tym skład tekstu czy nut za pomocą narzędzi skryptowych w rodzaju TeX-a), gdzie Linux okazuje się lepszy niż Windows czy MacOS, lub równie dobry.
Jest jednak cały szereg zastosowań, gdzie (znowu: zapewne głównie na skutek dominującej pozycji Windowsów i/lub MacOS w tych zastosowaniach i związanym z nimi brakiem komercyjnych narzędzi w połączeniu ze słabością FLOSS w tych dziedzinach — co jednak zjnowu z punktu widzenia usera nie zmienia faktu) Linux praktycznie w ogóle nie istnieje lub wypada słabo, np.
* DTP (WYSIWYG) — biedny Scribus wciąż jest mocno “garażowy” i do profesjonalnych zastosowań nadaje się słabo, o reszcie narzędzi nie wspominając,
* Grafika (przeznaczona do profesjonalnego druku) — np. taki GIMP (pomijając jego mz. okropne GUI) jest dobrym narzędziem do grafiki webowej, ale brak porządnej obsługi CMYK praktycznie dyskwalifikuje go w zastosowaniach związanych z drukiem (są co prawda inne narzędzia, które dość obiecująco się rozwijają; no i zawsze można próbować odpalić Photoshopa do winem, co ponoć nawet się udaje),
* skład nut (WYSIWYG),
* montaż dźwięku,
* itd. itp.
Bezpieczeństwo — na poziomie desktopowym wygrywa zdecydowanie Linux (prawie brak wirusów, domyślne i zdecydowane rozdzielenie konta administratora od usera etc.), na jest wielka zaleta z punktu widzenia zwykłego użytkownika, chyba zbyt rzadko podkreślana. Na poziomie serwerowym — nie wypowiadam się, bo nie mam danych (choć intuicyjnie również wybieram Linuxa, choćby ze względu na przejrzystość struktury systemu i otwartość kodu).
Moim zdaniem Ryan ma prawie całkowitą rację. A ty, TPJ, opacznie interpretując jego słowa zupełnie mijasz się z prawdą. Dlaczego? Bo mylisz pojęcia.
Utożsamiasz dystrybucje przyjazne użytkownikowi (Ubuntu, Mandriva, …) z oprogramowaniem OpenSource.
Ryan ma rację – OpenSource powstaje głównie na potrzeby autora. I taki jest jego cel. To oprogramowanie działa dobrze – a, że nie tak jak ty tego chcesz – to twój problem, a nie programu.
O tym, że OpenSource może być przyjazne użytkownikowi mówią twórcy dystrybucji przeznaczonych dla początkujących. Ich zadaniem jest wybrać programy, które będą proste w obsłudze. To oni są odpowiedzialni za stworzenie kreatorów konfiguracji, instalatorów, itd. Jeżeli coś nie działa, miej pretensje do nich.
Dlatego “Dlaczego porównywanie Linuksa z Windowsem i MacOS-em ma jednak sens?” jest idiotycznym stwierdzeniem. Nie porównuj Linuksa i razem z nim całego oprogramowania OpenSource, ale konkretną dystrybucję.
I nie uciekaj od terminu “GNU/Linux” tylko dlatego, że jest ci tak wygodniej i ułatwia to przepchnięcie w artykule mylnej interpretacji. Napisz wyraźnie, w którym miejscu masz na myśli kernel, gdzie konkretną dystrybucję, a gdzie całość oprogramowania OpenSource. Wtedy twój artykuł okaże się zupełnie bez sensu.
TPJ:
adamk:
Wydaje mi się, że:
1) podejść do tworzenia oprogramowania FS/OS oraz motywacji jego autorów można wymienić wiele, co oznacza również to, że rozmaite projekty mają różne priorytety i rządzą się rozmaitymi prawami; rozważania o jakiejś ogólnej „lepszości” i „gorszości” podejść wydają się podobne do rozsądzania, co jest lepsze: potrawka z królika czy bukiet tulipanów;
2) niewielki sens ma twierdzenie, że tworzeniu FS/OS przyświeca jakiś jeden cel (można to robić dla czystej satysfakcji, dla zdobycia popularności, z rozmaitych pobudek ideowych [np. chęci poszerzania w społeczeństwie pola wolności w rozumieniu RMS], by stworzyć potrzebne sobie narzędzie, z chęci samorozwoju, czy też dla pieniędzy); choć oczywiście jest np. coś takiego jak nieformalny (bo obejmujący znacznie więcej ludzi, niż tylko formalne organizacje w rodzaju FSF) ruch społeczny Wolnego Oprogramowania, który ma pewne cele ideowe (mz. bardzo cenne);
3) jest sens mówić, że jakieś podejście jest lepsze pod kątem realizacji konkretnych celów/wartości; np. by poszerzać w społeczeństwie pole oddziaływania idei Wolnego Oprogramowania, albo by zarabiać pieniądze w oparciu o model biznesowy oparty na wielu odbiorcach, albo by zdobyć popularność — lepsze jest podejście, które TPJ nazwał „wolnorynkowym” (ja bym go tak nie nazwał, bo można tu mówić co najwyżej o pewnych mechanizmach, które *również* mają występują w funkcjonowaniu rynku…);
4) w kontekście porównywania GNU/Linuxa z Windows czy MacOS określenie [GNU/]Linux należy rozumieć jako odniesienie do pewnej bazy, jaką stanowi wybór linuxowych dystrybucji, z którą kompatybilny jest pewien zbiór oprogramowania użytkowego (w znacznej mierze, ale przecież nie tylko FLOSS) oraz pewien zbiór sprzętu.
A ja używam mandrive od wersji 2007. Wcześniej miałem Ubuntu 6.06 oraz jego brata z KDE, a moim pierwszym linuksem było SuSE 9.2. Mandriva to płatny system w którym wszystko mi działa, nawet karta wi-fi pcmcia D-Link. Jedynym problemem jest Modem firmy Lucient którego sterowników nie chciał pobrać automatycznie. Wzamian zaproponował stronę gdzie mogę je pobrać. W wersji 2008.1 wprowadzili nawet program codeina który sam ściąga kodeki. Zabawny wydał mi się tylko komunikat w którym miałem do wyboru sprawdzone i polecane kodeki za które musiałbym zapłacić lub niesprawdzone darmowe. Od wersji 2009 domyślnym interfejsem będzie KDE4.1. Rozumiem, że dla większości tu piszących ten system to czyste zło ale dla mnie jest najlepszy.
Napisałem to ja Zwykły użytkownik (w domyśle – przedstawiciel coraz głupszego społeczeństwa który kocha się w wodotryskach i słodkościach)
W kwestii trudności/instalowania/etc…
].

Ja swojego GNU/Linuksa [Slackware] zainstalowałem na desktopie na początku… 2003 roku!
Około 2 tygodni zajęło mi 100% skonfigurowanie pod swoje potrzeby całego systemu i wszystkich urządzeń peryferyjnych [do pracy nadawał się już oczywiście po ok. 45 min.
W tej chwili mamy 2008 rok, a system bez grzebania po prostu… działa
Pokażcie mi, który windows chodząc 24/7 będzie szybko i sprawnie działał po 5 latach od instalacji.
Oczywiście system ma parę patchy i aktualizacji potrzebnych mi paczek i bibliotek, ale w 90% nadal jest to Slack 9.
System chodzi stabilnie i spełnia w 100% zadanie zwykłego desktopa [drukarka, skaner,pendriva, net, grafika, OOo, filmy, muzyka, sterowanie z pilota, tv-out....].
A przetrwał nie jedno: pad dysków, poza systemowym, trzykrotne spalenie zasilacza, spalenie karty graficznej, spalenie ramu, praca z walniętym ramem, uszkodzenie wiatraka na procku, spalenie procesora…
I pomimo takich przejść nadal ma się dobrze
Już dwa razy zabierałem się za instalację świeższej wersji slacka i… stwierdziłem, że skoro wszystko działa, to po co zmieniać ;p
I teraz podsumowanie:
Instalacja i 100% konfiguracja pod własne potrzeby [włącznie z kompilacją jądra], uaktywnienie wszystkich peryferii zajęło mi ok. 2 tyg. siedzenia w necie i forach dyskusyjnych. Na tym skończyło się moje grzebanie w systemie.
System pracuje stabilnie non stop przez 5 lat.
W windowsie podobny wynik jest mało prawdopodobny, jako że komp w robocie z xp [bez podłączenia do internetu] juz po ok. pół roku zachowuje się niczym jak OOo odpalony na pI z 64mb ramu
KLAPEK, linuks raz postawiony może działać wieki, i jeżeli sam go nie położysz, lub nie zdecydujesz się w końcu na upgrade, to pochodzi Ci nawet 10 lat.
Problem w tym, że aby dobrze skonfigurować system linux, lub po prostu sprawić, aby jego użytkowanie było wygodne, potrzeba, w przypadku distr dla bardziej zaawansowanych userów, trochę wiedzy, a w przypadku distr “user friendly”, trochę czasu. Sam pamietam, jak nie mogłem postawić Iksów na Ubuntu z powodu braku sterowników. Widziałem wtedy linuksa na pierwszy raz w życiu, i już wtedy musiałem użerać się z konsolą. Musiałem skonfigurować połaczenie z netem aby ściągnąć sterowniki przez wgeta, potem instalacja sterownika i tak się wysypała. Dla newbie to raczej nie jest zachęcający początek przygody z linuksem. Ja wytrwałem i się bardzo cieszę. Ale zmierzam do tego, że kupując licencję na Windows, user kupuje sobie brak kłopotów. Oczywiście nie zawsze jest to prawdą, ale mit jest taki, że linux to trudny system dla geeków. Kiedy windziarz zobaczy u kolegi, jak wpisuje jakieś niezrozumiałe ciągi znaków w konsoli, to po prostu boi się tego systemu. Mity te są związane własnie ze strachem przed kłopotami. I raczej nie zanosi się, aby zatwardziali windziarze zapomnieli o nich. Pod wieloma aspektami linux ustępuje Windzie, m.in działanie Out Of The Box, czy obsługa Hardware, albo gry, ale nie taki linux straszny jak go malują, a obraz linuxa wśród osób które nigdy go nie widziały może pasować jedynie do distr typu gentoo, gdzie rzeczywiście trochę trzeba podłubać.
Kolega z /bin wykazuje się lekką naiwnością co do działania Windowsa OOTB.
Cytat z KLAPKA:
[do pracy nadawał się już oczywiście po ok. 45 min.
]
Prawie podobnie jest z Windowsem XP. Nadaje się do *dopieszczania* po 45 minutach po instalacji. Z drobnymi zastrzeżeniami:
* Jeśli masz płytkę z SP2 jedynie, to czeka Cię instalacja niezliczonej ilości aktualizacji, w tym co najmniej dwa restarty; jeśli z SP3, to mniej, ale już niemało;
* czeka Cię instalacja sterowników do generalnie wszystkiego (a przedtem szukanie ich w necie, bo na dołączonych do kompa płytkach masz zwykle wersję z września 2003 lub okolic) zwłaszcza, jeśli masz dosyć nowy komputer; przy każdej instalacji byle piardu czeka Cię restart;
* czeka Cię powyłączanie wszystkich idiotycznych ficzerów jakie każdy sterownik radośnie ze sobą instaluje (czyli góry gówna w trayu, zwykle jakiś garażowo popisany soft, z nieprzetłumaczonym na polski i napisanym w przypadkowym toolkicie z plasteliny, które to narzędzie najczęściej dubluje funkcjonalność tego, co i tak jest w control panelu);
* czeka Cię instalacja kodeków do tego, żeby się dało większość normalnych formatów mediów oglądać (paczka typu K-lite, poparta doświadczeniem co należy w niej włączyć lub wyłączyć i jakie powiązania ustawić z typami plików, świetne dla n00ba!);
* czeka Cię instalacja najprzeróżniejszego softu pomocniczego do najbardziej podstawowych działań (począwszy od 7-zipa, poprzesz flashe, acrobat readery, jakiś domowo-darmowy antywirus itd., ludzki edytor tekstu itp.). Każdy program z innego źródła, niektóre z nich wymagają kolejnych restartów kompa;
* czeka Cię powyłączanie kolejnej góry gówna z autostartu/traya, które Twój świeżutki soft sobie poinstalował często nie pytając Cię o zdanie;
* czeka Cię wyłączenie najbardziej wkurwiających ficzerów windowsowych, typu: “kreator oczyszczania pulpitu”, “grupowanie programów w pasku zadań”, “ukrywanie plików systemowych”, “ukrywanie rozszerzeń znanych typów pliku”; wywalenie Windows Messengera;
So much for having XP work out of the box.
Do tego dodam radość użytkownika, który chce zainstalować XP na sprzęcie z nieobsługiwanym przez płytę XP kontrolerem SATA. Wtedy każdy n00b natychmiast ściąga sobie sterownik do swojego kontrolera, wypakowuje uprzednio zainstalowanym 7-zipem (na innym komputerze, który przezornie miał pod ręką), ściąga n-Lite i radośnie, rozumiejąc każdy krok robi sobie wersję instalki XP z whakowanym do środka sterownikiem SATA. Right.
Więc, na ${deity}, przestańcie mi tutaj pieprzyć o działaniu Windowsa out of the box.
Dziękuję.
Ha, ha
Boleśnie prawdziwe! Celują wtym również rozmaite shito-aplikacje od sprzętu typu dyktafon cyfrowy…
Do zbioru idiotycznych ficzerów windowsowych out-of-the-box dodałbym — w wersji polskiej systemu — jeden słynny drobiazg rozwalający większość „n00bów”: instalowanie obsługi 2 klawiatur polskich, przełączanych miedzy sobą Shift+Ctrl, i jednej angielskiej. Potem bidny user wciska przez przypadek, nie wiedząc kiedy, wymienioną kombinację klawiszy i z przerażeniem konstatuje, że „komputer pisze nie te znaki i litery! :-O”. To taki drobny wkład Mictosoft Polska ;-]
To jeszcze dodam dwa moje ulubione kwiatki (o których niejako wspomniałem wcześniej pod ogólnym hasłem „programiki w trayu”): funkcja hot-keys w oprogramowaniu towarzyszącym sterownikom ATI i Intela… Więc ta funkcja ma taki ficzer, że pod ctrl-alt mamy różne skróty do robienia nieprawdopodobnie użytecznych rzeczy (których nie śmiem wymienić). Otóż owe skróty mają taką właściwość, że zjadają możliwość pisania polskich literek odpowiadających danemu skrótowi. Czyli np. mając skrót Ctrl-Alt-n, nie można pisać „ń” mimo, że odpowiada zań AltGr-n, czyli kompletnie inny skrót. Gratulujemy wysokiej jakości kodu i przemyślanych pomysłów. Gratulujemy również n00bowi który domyśli się dlaczego „ń” mu nie działa, a potem wyłączy odpowiednią funkcję w plastelinowym GUI swojego ati-catalyst-center, czy innego shitu.
antoszka, mi doprowadzenie windy do ładu zajmuje trochę mniej niż linuksa. Winda nigdy nie ma problemów z żadnymi zależnościami itp. Wszystko też zależy od distra. Na pewno więcej czasu zajmuje postawienie i konfiguracja Gentoo, Archa, Debiana, czy innego “golasa”, że tak powiem, ale jeśli wgra się takiego Pardusa, Mandrivę, czy Ubuntu, to większość oprogramowania jest tam już wgrana.
Hmmm
Ja tutaj dorzucę swoje 3 grosze:
- po 45 minutach nadaje się do dopieszczania. Oczywiście, jeżeli instalowałeś go na swoim Pentium 133 i 128 MB RAM to owszem tyle może zając instalacja. Ja po 45 minutach mam działającego XP.
Teraz z doświadczenia mojego wuja (taki właśnie noob komputerowy) z instalacji Ubuntu (sprzęt P4 2.0 GHz + 1,5 GB RAM):
- Pod XP instalował drivery do wszystkiego i było ok w Ubuntu zanim zaczął instalować drivery starał się w ogóle dojść dlaczego nie staruje mu firefox (próbował uruchomić ze 20 razy), kiedy już odpalił jaką inna przeglądarkę pod 2h nagle radośnie pokazał się Firefox.
- Nie wiedzieć czemu system nie trzymał konfiguracji sieci
- System zaliczał zwisy – średnio co 30 min wieszał się na chwilkę i nic nie dało się zrobić
- System nie chciał odtwarzać filmów DVD mimo zapewnień, że TOTEM to zrobi
- ALSA nie dawała sobie rady z jego kartą muzyczną – zadziwiające po 3 instalacji zaczęła działać (hmmm XP wystarczyło instalować raz bo reinstalacje ALSY nic nie dawały).
- Open Office po instalacji zachowywał się tak jak wyżej wymieniony Firefox
Na koniec wujo stwierdził, że on chciałby popracować a nie przez tydzień walczyć z różnymi pierdołami, siedzieć po forach i tracić czas. Oczywiście zaraz na forach linuksa został nazwany idiotą, zostało mu wygarnięte, że nie chce się uczyć (owszem chce ale on robi w automatyce i elektryce i systemy operacyjne ma głęboko gdzieś mają działać). I tak oto po takich komentarzach na forum stwierdził, ze ma to gdzieś i kupił sobie XP i jest zadowolony.
Michał
SOA#1
U mnie działa
I to nie na zautomatyzowanym *buntu tylko na slackware – ale może dlatego, że _sam_ wszystko robiłem pod siebie.
A jak Ubuntu nie działało, to zawsze można sobie za mniejsze pieniądze [od xp] kupić z _supportem_ Mandrive, SUSE lub spróbować innej dystrybucji…
I co do sprzętu – ja u siebie [praca, dom] mam GNU/Linuksa [slackware] na sprzętach od P133 do PIV i… wszystko działa [i są to wyłącznie desktopy dla całkiem zielonych użytkowników biurowych!].
Tu macie fajne naklejki na komputery:
http://preview.tinyurl.com/5oy772
Nie ma sensu porównywać Linuxa z Windowsem. Ponieważ system Linux nie ma takich możliwości jak system Microsoft. Linux a Windows desktop co tu porównywać.
Weźmy porównanie multimedia, gry to co przynosi największe dochody i stanowi głownie o popularności systemu Windows. Jeżeli Linux chce zdetronizować Windowsa musi myśleć o tym. Jak w przyszłości powstanie coś co umożliwi bezproblemowe uruchamianie gier z lepsza wydajnością nawet kilku klatek to Linux będzie bardziej popularny.
A obecnie scena, społeczność Linuxa martwi się takimi problemami jak Photoshop, AutoCad itd..
Trzeba zmienić ideologie systemu Linux.
Nawet serwis jakilinux powinien zając sie działem rozrywki: gry KOMERCYJNE, mulimedia ..itd
Ja mam Linixa siedzi w szafie i robi za server.
Statystyka STEAM – gry
Windows XP 1,435,391 80.77 %
Windows Vista 267,914 15.08 %
Windows Vista 64 bit 47,688 2.68 %
Windows 2003 64 bit 12,516 0.70 %
Windows 2000 10,839 0.61 %
Other 2,684 0.15 %
Jak tylko Microsoft otworzy kod DirectX albo gry beda pisane pod OpenGL.
Multimedia? Co jest zle w linuksowych multimediach, odkad powstal GStreamer?
@Thar: Po co ci kod DX? Dokumentacja jest ogolnie dostepna, mozna zaimplementowac pod Linuksem. ;->
Co do multimediow – dostalem od kolegi plyte (jakby nie byl moim kolega, to by to byla piracka kopia
w WMV. Zabezpieczona jakims DRM. I jak mam to sobie pod Linuksem odtworzyc?
Zdaje sie, ze dostepna jest nie dokumentacja DX, tylko dokumentacja API DX. Implementuje je Wine. Powoli
Multimedia – twoj przyklad too dowod nie na to, ze Linux nie nadaje sie do multimediow, tylko ze DRM nie nadaje sie do multimediow.
Do gier to są dedykowane urządzenia – konsole.
I na szczęście powoli to się zmienia – coraz więcej ludzi je kupuje – tu nie ma problemów z niekompatybilnością, różnym sprzętem, sterownikami etc…
Sam mam do gier ps2 i jestem zadowolony
Po prostu nie widzisz tych problemów. Spróbowałeś kiedyś odpalić grę z Wii na PS3? Jeszcze lepszym przykładem mogłaby być próba odpalenia gry XBox na PS3 lub z PS2 na nowszych(i tańszych wersjach) PS3. Konsole są do tego stopnia niekompatybilne, że nie ma mowy o robieniu takich rzeczy
.
Oczywiście konsole _jednej_ marki
Nie miałem na mysli przenośności pomiędzy konsolami.
To chyba oczywiste że jak masz konsolę Wii – to kupujesz gry dla Wii; PS2 – dla PS2; PS3 – dla PS3 etc…
Podobnie jak to jest ze wszystkimi innymi urządzeniami:
do video VHS nie wrzucisz Betamaksa, do DVD nie pasuje Blu-ray etc…
Nie chciałbym być złośliwy, ale ten wpis miałby sens, gdyby dotyczył stanu rozwoju GNU/Linuxa gdzieś w środkowych latach 90.
Jakieś argumenty pls?
O popularności systemu Windows stanowi jego monopolistyczna pozycja na rynku, która mz. (i nie tylko) jest historyczną (co nie zmienia faktu, że skrajnie bolesną) zaszłością z lat 80. i początków lat 90. — i popularności MS DOS-a (z którego wyewoluowały Windowsy), jako *jedynie słusznego* systemu dla pecetów. I niestety ta dominująca pozycja (w dziedzinie desktopów), a nie jakość systemu, głównie przekłada się na ilość oprogramowania w różnych dziedzinach, w tym gier (i brak softu dla niestety wciąż niszowego w dziedzinie desktopowej systemu, jakim jest GNU/Linux). Jest to samonapędzający się mechanizm, przez który Linux, wraz ze swoją bazą aplikacyjną, i tak dość dzielnie się przebija, wciąż zwiększając swój „udział w rynku” (choć mogłoby być lepiej, zwłaszcza jeżeli chodzi o zarządzanie jakością poszczególnych aplikacji).
Zarzuty pod adresem samego GNU/Linuxa dotyczące jakości obsługi multimediów i gier — zupełnie chybione. Mechanizmy te są zaawansowane i stale unowocześniane.
Aplikacje, które osiągnęły dojrzały etap (niestety wciąż niezbyt liczne) działają bardzo dobrze. Nie wiadomo mi, by w czymkolwiek ustępowały odpowiednikom Windowsowym (może nie licząc problemów z DRM, ale problemem są tu kwestie prawno-polityczne, a nie technologiczne).
Nie ma czegoś takiego, jak ideologia systemu Linux. Są różne dystrybucje adresowane do różnych użytkowników i przeznaczone do różnych zastosowań.
Jest coś w rodzaju ideologii Wolnego Oprogramowania (cennej, choć przecież wcale nie podzielanej przez cały świat Linuxa i FLOSS), ale to inny temat.
Jeśli chodzi o gry, to nikomu się nie opłaca robić gier pod linuksa, bo ma za mało userów. Userów jest niewielu, bo nie ma gier, i koło się zamyka.
@zuo: Bzzt, wrong. Popatrz chociazby na bajzel zwiazany z obsluga grafiki w Linuksie – nadal nie dogonila stanu OSX-a na rok dwutysieczny.
Gdybys napisal to obsludze dzwieku przytaknalbym. Ale grafika? Jesli chodzi ci o iksy to zadna znana mi gra nie odwoluje sie bezposrednio do nich, biblioteki wyzszego poziomu zalatwiaja sprawe.
@Thar: Wiesz, w czasach Quake’a akceleracja 3d byla nawet pod DOS-em.
No to z przykroscia ci oznajmiam, ze stanu OSX-a na rok dwutysieczny Windows nie dogoni dopoty, dopoki nie bedzie instalowany na komputerach z kartami graficznymi jednego i tego samego producenta. Wtedy istnieje szansa, ze wszystkie sterowniki beda dopracowane… Bo bedzie tylko jeden
Zwroc tez uwage, ze doskonale wsparcie dla grafiki w OSX nijak nie przelozylo sie na zwiekszona popularnosc tego systemu jako platformy do grania.
Takie luźne “przemyślenie”:
Jeżeli ktoś firmuje soft czy usługę utrzymania pakietu własnym nazwiskiem, byłoby dobrze, gdyby nieco przyłożył się do tego. Jeżeli nie pobiera za to wynagrodzenia i robi to dla satysfakcji – tym bardziej powinien, gdyż w przypadku olania reportu czy requesta niewerbalny komunikat idący w eter brzmi nie “zrób to sam” lecz “dałem ciała, jestem kiepski nawet w swoim hobby, nie myję się pod pachami a moje standardy jakościowe są na poziomie kirgiskich linii lotniczych”. Jeżeli ktoś chce zapełniać CV tego rodzaju doświadczeniem – boże broń jego przyszłych pracodawców.
A przecież wystarczy potraktować użytkownika uczciwie i zakomunikować, że brak czasu/brak umiejętności/brak narzędzi/brak rąk do pracy/ficzer jest endemiczny, więc de facto zbędny.
A bierzesz pod uwagę to, że czas wolny, przeznaczony na hobby, jest ograniczony?
Umycie się może zająć od 10 do 30 minut, odpowiedzi na wszystkie narzekania użytkowników… sam zgadnij.
Ale lepiej zjechać dewelopera, który, ponieważ coś zrobił, jest gorszy od kogoś, kto nigdy nie zawinił linijką kodu OS.
P.S. Z powodu ograniczonej ilości czasu i wstrętu do programowania po tych 8 godzinach klepania kodu na życie, jestem użytkownikem – ale uważam, że deweloperzy zasługują na szacunek i trochę wsparcia (a nie objeżdzanie przez użytkowników).
Ale odwrotnie też powinno być – deweloperzy powinni szanować użytkowników, a nie objeżdżać ich. Czy to wina usera, że nie chce mu się siedzieć godzinami nad Guglem i szukać kolejnych skrawków informacji?
Rozwlekły i nudziarski zbiór “widzi mi się” nie nadający się na felieton!
Drogi Autorze! Bycie klientem = bycie manipulowanym. Proszę nie zapominać o tym równaniu, które doprowadziłoby całe wolne oprogramowanie do stanu błyskającej choinki dwa razy mniej funkcjonalnej niż Windows. Przy instalacji jednego programu na pulpicie Autora przybywałyby co najmniej 2 ikony, a w trayu kolejna. O kontroli nad systemem nie można tu mówić, bo to producent stara się przejąć kontrolę nad komputerem i umysłem swojego KLIENTA.
Autor wybrał wolne oprogramowanie, ale daje wyraz niezrozumienia tej wolności i jej uwarunkowań.
Miłe. Gościu napisał wiele z tych rzeczy które tłumacze od dawna.
Chciało by sie powiedzieć Nareszcie!
Normalny czlowiek
“nius” (jeżeli go tak można nazwać
) bardzo ciekawy…chociaż jedna rzecz mnie niepokoi. Często różne wypowiedzi są naznaczone wieloma porównaniami (w sensie językowymi), zawsze podziwiałem ich autorów. Według mnie stworzenie dobrego porównania (zwłacza w dyskusji) jest prawdziwą sztuką, której rzadko się podejmuje (być może ze względu na moją wrodzoną skromność, albo brak odpowiednich umiejętności, hmm…nie wiem).
System operacyjny, pralka i samochód….hmm nie wiem czy to dobre zestawienie…przypomina mi to troszkę (ale tylko troszkę
) porównania typu: “Nie jesteś złodziejem, nie ukradłbyś samochdu, to czemu kopiujesz mp3 od znajomego, to też kradzież?” Używanie do porównania rzeczy z różnych światów powoduje, ich “spłycenie”, odrzucenie masy szczegółow, które według nas są bezużyteczne w kwestii, którą omawiamy(ale czy na pewno ?). Tworzymy nową abstrakcję, która może za bardzo oderwać się od rzeczywistości…i zasłanić nam to co istotne…czasami warto byłoby się nad tym zastanowić.
@ Autor:
Te dwa przedstawione przez autora podejścia do “wolnościowego” kodowania, to tylko dwa raczej skrajne przypadki, a nie pełnia możliwych sytuacji. Zatem nie ma co rozdzierać szat. Nie znam sytuacji jaka panuje wśród deweloperów Arch’a, nigdy zresztą nie widziałem tego systemu na oczy, ale skoro w ogóle można z nimi porozmawiać o rozwoju dystrybucji to i tak nie jest źle. Sam używam OS’a o nazwie Slackware
rozwijanego w zasadzie niemal jednoosobowo i, prawdę powiedziawszy, w ogóle nie wiem jak jego autor odnosi się do postulatów użytkowników. Nigdy nawet nie odczuwałem specjalnej potrzeby konwersowania o tym z Patem V. Szczerze mówiąc, sytem mnie satysfakcjonuje taki jaki jest, ze wszystykimi plusami i minusami. Ważne, że działa i to dobrze działa.
Co do tych przedstawionych możliwych postaw deweloperów wobec użytkowników, to w naturze są zapewne jeszcze radykalniejsze przypadki – np.: jest soft i zero możliwości wpłynięcia na jego dewelopera, który w dodatku może np. zupełnie ignorować windziane nawyki potencjalnych użytkowników. Ale czy to w czymś przeszkadza, jeśli ten soft dobrze funkcjonuje? Gość sam pisze sobie aplikację (załóżmy, zresztą są takie przypadki) i jak nie chce, to nie musi słuchać, co inni o jego wyrobie myślą. Ważne, że tym innym, którzy np. nie potrafią czegoś podobnego napisać udostępnia swoje dzieło. To jest wolność – i to dla obu stron.
Ale w praktyce występują raczej przypadki pośrednie. Zresztą (przypuszczam) większość użytkowników rzadko z samymi deweloperami próbuje się kontaktować. W sprawie użytkowania softu i problemów np. z jego kompilacją i konfiguracją to ludzie raczej szukają pomocy na różnych forach. Do deweloperów, to człowiek się zwraca – to z własnego doświadczenia – jak rozwój softu jest z jakiegoś powodu szczególnie ważny, np. nie ma nic innego podobnie funkcjonalnego. Soft otwarty – inaczej niż zamknięty – ze swojej natury (dostępne źródła, które można poprawić i skompilować wedle woli, bez pytania o zgodę) daje tyle możliwości jego spożytkowania bez zawracania głowy autorom, że tak jest najczęściej. Do deweloperów to się trzeba i należy zwrócić jak coś przypadkiem “skopią”.
Na szczęście jest duży wybór narzędzi, tak, że każdy może wybrać co mu odpowiada. Popularne dystrybucje oferują najczęściej je w dobrych zestawach. Ważne, że sam OS (zatem najczęściej GNU/linux) jest bardzo stabilny i wydajny. A jak komu to nie odpowiada, to są oczywiście M$ OS i MacOS X i wiele innych możliwości (tu najczęściej o węższych zastosowaniach).
Zatem, podsumowując, artykuł jest zbyt moim zdaniem przesadnie czarno-biały w swoich stwierdzeniach. Free and Open Source to jednak inny świat niż M$ OS i MacOS X i nie ma co porównywać. Owszem, tam gdzie do gry wchodzą korporacje przemysłowe – IBM, Novell, Red Hat itp. – tam już sprawy wyglądają (lub powinny wyglądać) jak przewiduje model “klient nasz pan”. To jest właśnie miła cecha świata wolnego softu – są tu wszystkie możliwe (chyba) przypadki podejścia do kwestii jego tworzenia i użytkowania. W kwesti “różnica pomiędzy Linuksem i telewizorem” (nb., chyba zaczyna się zacierać) – jeśli chcesz być klientem, to kieruj się tam gdzie cię jako klienta oczekują. To że nie będzie to każdy projekt Open Source, to trudno, nobody is perfect.
Pozdrowienia
dobry artykuł tak więc sesnsownie można skwitowac linux jest dobry bo bezpłatny(płatne też są linuxy),Windows ma rozbudowane możliwości gier ,muzyki i innych mediów bo jest bardziej spopularyzowany kosztem dużych pieniędzy wsadzonych przez MS we wszelkie kampanie popularyzujące i umowy między firmą MS a państwami (np .Polską o popularyzację w szkołach podstawowych i średnich więc niema się co dziwic ze już od dziecka wpajana jest świadomośc “MSWindows jest cacy a reszta -nikt nie wie).
Za nim zostałem studentem informatyki dowiedziałem się o istnieniu Linuxa i ważne dla mnie było to że podstawowe narzędzia takie jak edytor textu przeglądarka i program tworzący prezentacje są w systemie w standartowe i całośc czyli system i te narzedzią są gratis.
Dla mnie komputer to narzędzie pracy a nie zabawy i tego od niego oczekuje,naturalnie że przyszło mi korzystac z różnych dystrybucji w zależności od potrzeb :zacząlem od mandraka a jak nie obsługiwał (nie montował automatycznie )usbflesza to zmieniłem na mandrive kiedy okazało się że ta nie obsługuje wielofuncyjnego HP to go zmieniłem na kubuntu który również pomykał na laptopie i po kłopotach,ale dzięki temu mogłem użytkowac bardzo leciwego kompa i darmowe oprogramowanie bo mnie nie było stac na zakup komputera ze sklepu i oprogramowania a na piratach nie chciałem pracowac.Jako student nie mam żadne go problemu z darmowym(pobranym z uczelni) Windowsem ale pakiety biurowe nadal są płatne więc korzystam z obydwu systemów jednocześnie gdyż częśc oprogramowania wykorzystywanego w ramach studiów jest windowsowa.Uważam że popularyzacja Linuxa ma swą przyszłośc w Polsce gdyż zbiża się czas respektowania restrykcyjnego autorskiego i tu perspektywy Linuxa są wyraźne a fakt otwartego źródła nie niej priorytetem dla większości urzytkowników prywatnych jak i biznesowych komputerów a kilku procent społeczeństwa jakimi są programiści bądź umiejący programowac chocby hobbystycznie ,ale do takiego programowania trzeba także znac architekture komputera i zależności jakim jest poddawane przetwarzanie programu na działanie sprzętu.
Czyli podsumowując –
otwartośc źródłą nie interesuje 90% użytkowników komputerów ;
koszty zakupu licencjonowanego systemu ważne mniej więcej dla 60% użytykowników;
koszt zakupu licencjonowanego oprogramowanie istotne dla 75% użtkowniów domowych i ok 50% biznesowych;
realnośc kar za naruszenia praw autorskich 15% uzytkowników domowych i 95% użytkowników biznesowych,przyczym tendencje wśród użytkowników domowy będą wzrostowe wraz z rozbudową struktur prawno -technicznych a przez to zysków ze ścigania piractwa.Dopiero jako student mogę się odnieśc do faktu dostępności wszelkich konfiguracji ,ich zmiany ,tworzenia narzędzi potrzebnych w mojej pracy i szansy na uzyskanie daleko idącej pomocy wśród społeczności linuxowej na forach lub opisach systemowych.Tak więc przewagą Linuxa nad windowsem jest fakt prawa do jego poprawy a nie obowiązek choc jest to prawo zarezerwowane dla tych co mają pojęcie lub chęc nauczenia się tego.Dla biedniejszych społeczeństw to jest moźliwośc dostępu do narzędzi takich jak komputer i jego oprogramowanie,dotyczy to także znacznej części obywateli Polski którym gdyby zaserwowac “dura lex set lex”to wyskoczyli by z butów przy dośc powszechnej praktyce kupowania nowiutkiego wypasionego(teoretycznie)kompa z darmowym systemem jakim jest linux a potem instalowaniem w jego miejsce “dzikiego Windowsa” często w wersji ‘98 żeby pominąc narzędzia do sprawdzania legalności systemu.
A dla tych którzy widzą interes w rozwoju firm w oparciu o własne potrzeby posiadania infrastruktury sieciowej to darmowy Apache przemawia za LINUXEM.