- 9 marca 2010
- blinkkin
Piractwo na polskich uczelniach – druga strona medalu
- Dodano: 2 sierpnia 2008
- Wprowadził: TPJ
- Komentarze: 98
Niedawno, dzięki serwisowi OSnews, miałem okazję zapoznać się z tekstem autorstwa pana Tomasza Barbaszewskiego nt. piractwa na polskich uczelniach wyższych. Obraz przedstawiony w tym tekście nie jest pozytywny. Nie świadczy on dobrze o polskich uczelniach, ich pracownikach dydaktycznych, czy wreszcie o samych studentach. Do samego tekstu pana Barbaszewskiego mam jednak parę uwag krytycznych, którym zdecydowałem się poświęcić ten artykuł.
Jaka jest sytuacja?
Oczywiście piractwo jest powszechnym zjawiskiem. Ze wspomnianego tekstu wynika (a przynajmniej można to tak zinterpretować), że część winy za taki stan rzeczy leży po stronie pracowników dydaktycznych. Ci wymagają bowiem oddawania przez studentów różnych prac w postaci elektronicznej i używania takiego formatu, do którego niezbędne jest komercyjne oprogramowanie (w dodatku wcale nie takie tanie). Wprawdzie czasami (choć nie zawsze!) uczelnia umożliwia studentom dostęp do takiego oprogramowania, jednakże jest to raczej dostęp utrudniony.
Pracownicy dydaktyczni
Autor tekstu, do którego się odnoszę, konkluduje, że w efekcie tego studenci zdobywają potrzebne im oprogramowanie nielegalnie.
Cóż, analizując całą tę sprawę wyłącznie z punktu widzenia prawa trudno jest obwiniać za taki stan rzeczy pracowników dydaktycznych. W sytuacji, gdy uczelnia nie udostępnia studentom niezbędnego oprogramowania, można mówić co najwyżej o moralnej winie samej uczelni (choć i to jest mocno dyskusyjne!), czyli jej władz – które ze zdecydowaną większością pracowników dydaktycznych nie mają niczego wspólnego. Podkreślam – o winie moralnej, a nie prawnej. Tak się bowiem składa, że obwinianie uczelni o to, że student korzysta z nielegalnego oprogramowania, aby studiować jest dokładnie tak samo sensowne, jak obwinianie uczelni o to, że student dojeżdża na tę uczelnię pociągami na gapę, bo nie chce lub nie stać go na zakup biletu. Czy student architektury musi ukraść przybory do wykonywania makiet? Bo jeśli nie, to nie musi też kraść oprogramowania.
Żądanie przez pracowników dydaktycznych dostarczenia danych w “jedynie słusznym” formacie czasami się zdarza, nie przeczę. Sam się z tym również zetknąłem. Z moich obserwacji wynika jednak, że nie tyle jest to spowodowane sugerowanym przez autora wspomnianego tekstu udawaniem, że wszystko jest w porządku, ile raczej brakiem świadomości istnienia różnych formatów u niektórych pracowników dydaktycznych.
Znam profesora, który w swojej dziedzinie (mocno związanej z informatyką) jest jednym z najlepszych w naszym kraju fachowców. Jeśli chodzi o obsługę komputera, to jego zdolności odpowiadają mniej-więcej zdolnościom przysłowiowej pani Zosi z sekretariatu. Człowiekowi temu, pracującemu od wielu już lat pod systemem Windows, instalacja pewnego oprogramowania zajęła cztery godziny czasu. Ja od pięciu lat pracuję wyłącznie pod Linuksem, a system Windows znam bardzo słabo; instalacja tego samego oprogramowania zajęła mi 15 minut. Wyciągnięcie wniosków pozostawiam już Czytelnikom.
Wspomniany profesor zdaje sobie sprawę z tego, że oprogramowania kraść nie wolno. Jeśli wymaga on materiałów w formatach stosowanych w MS Office, to nie dlatego, że przymyka oko na piractwo, czy też nie przejmuje się sytuacją materialną studentów. Dzieje się tak dlatego, że człowiek ten niczego innego po prostu nie zna. Już krótka rozmowa z nim na temat komputerów i oprogramowania pozwala wyciągnąć wniosek, że dla niego komputer to Windows, edytor tekstu to Word itd.
A takich ludzi jest więcej… Można im oczywiście dostarczyć odpowiednie oprogramowanie (np. darmowego OpenOffice), ale nie jest to takie proste. Instalacją oprogramowania zajmują się pracownicy techniczni, a oni nie mają na to zbyt wiele czasu. Mają wiele innych obowiązków, a poza tym nikt ich w tym względzie nie naciska. A mogłyby nacisnąć władze uczelni…
Lecz zanim przejdę do tematu władz, napiszę jeszcze kilka słów o samych pracownikach dydaktycznych. Otóż faktem jest, że (na ogół) nie są to ludzie dobrze zaznajomieni z komputerami (inna sprawa to odpowiedź na pytanie, co to właściwie oznacza). Można tutaj zauważyć, że im człowiek jest starszy (co zazwyczaj wiąże się z wyższym stopniem naukowym), tym mniejszą wiedzę ma w tym zakresie – choć zdarzają się wyjątki.
(Tak swoją drogą, to jestem ciekaw, ilu moich studentów oceniło moją umiejętność obsługi komputera na poziomie wspomnianej “pani Zosi z sekretariatu” na podstawie obserwacji moich poczynań z systemem Windows… Gdyby tylko mogli mnie zobaczyć podczas pracy na Linuksie!)
Nie wiem, jakie są przeciętne umiejętności pracowników uniwersytetów. Osobiście jestem związany z politechniką i mogę powiedzieć, że niezwykle rzadko zdarzają się przypadki, w których ktoś nie potrafi samodzielnie zainstalować systemu operacyjnego (choć dotyczy to raczej pracowników młodszych wiekiem). Z odpowiednim skonfigurowaniem systemu jest już jednak zdecydowanie gorzej…
Innymi słowy sytuacja wygląda podobnie, jak w przypadku większości prywatnych użytkowników komputerów osobistych.
Pozostaje zadać pytanie: czy tak powinno być? Moim zdaniem nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Tak się bowiem składa, że pracownicy dydaktyczni są po prostu… pracownikami dydaktycznymi. Dokładnie tak samo, jak np. pracownicy firmy zajmującej się reklamą są pracownikami tejże firmy. Skoro od takiego pracownika nie wymaga się, aby potrafił zainstalować, skonfigurować i administrować system operacyjny na komputerze, z którego korzysta, to dlaczego mielibyśmy wymagać tego samego od pracownika dydaktycznego uczelni? Czy CEO Microsoftu potrafią samodzielnie zainstalować i skonfigurować system Windows? Co do tego, że są dobrzy w zarządzaniu firmą, nie mam najmniejszych wątpliwości…
Wracając do tekstu pana Barbaszewskiego trudno jest mi nie skomentować pewnych sformułowań. Szczególnie wzburzyły mnie następujące słowa:
Już słyszę argumenty, że przecież nie ma żadnej możliwości sprawdzenia, że asystenci nie będą się bawić w policjantów (…).
Cóż mogę tutaj napisać? Chyba tylko to, że pracownicy dydaktyczni nie będą również sprawdzali, czy studenci nie ukradli przypadkiem samochodów, którymi przyjechali na zajęcia albo czy nie przyjechali na te zajęcia na gapę. Sarkazm jest oczywiście zamierzony.
Władze i studenci
A co z władzami uczelni? Cóż – jak to z władzami bywa, ich punkt widzenia na tę sprawę jest bardzo ograniczony. Kiedy robiłem doktorat, moim promotorem był jeden z prodziekanów wydziału, na którym studiowałem. W związku z tym wiem, ile miał on związanych z tą funkcją obowiązków. Władza wie tylko o tym, co się jej powie. Kiedy Ministerstwo powiedziało, że pracownicy dydaktyczni i naukowi nie mogą korzystać z nielegalnego oprogramowania, zostało to dopilnowane (w jaki sposób i na ile skutecznie to już osobny temat, aczkolwiek wcale nie było z tym tak źle). A kto ma powiedzieć władzy, że studenci mają tak utrudniony dostęp do oprogramowania komercyjnego?
Pracownicy dydaktyczni tego nie zrobią – bo albo “chowają głowę w piasek” (jak to sugeruje autor wspomnianego tekstu), albo najzwyczajniej w świecie się na tym nie znają na tyle, żeby baczniej zwrócić na to uwagę. Do tych władz mogliby się jeszcze zgłosić sami studenci (tak, szanowni studenci – macie taką możliwość! co więcej, są tacy pracownicy dydaktyczni, którzy bardzo chętnie słuchają Waszych uwag!). Jakoś jednak w ciągu 10 lat (5 lat studiów magisterskich, 5 lat studiów doktoranckich) nie słyszałem, aby studenci zgłosili się do dziekana w sprawie trudności związanych z dostępem do oprogramowania komercyjnego. Kiedy słucha się, na co narzekają studenci (kilka razy udało mi się paru studentów nakłonić do takich narzekań
), to pojawiają się różne tematy – ale o poruszanej tutaj kwestii oprogramowania komercyjnego jakoś nikt nie wspomina.
I tutaj właśnie, jak mi się wydaje, docieramy do bardzo ważnego problemu. Studenci, w ogromnej większości, nie skarżą się na problemy związane ze zdobyciem potrzebnego im oprogramowania. Osobiście się temu nie dziwię, bo doskonale zdaję sobie sprawę z przyczyn: takich problemów po prostu nie ma! Nie wiem, ilu z tych studentów, z którymi miałem okazję się zetknąć podczas moich 5-letnich studiów doktoranckich, posiadało legalne oprogramowanie, a ilu nielegalne. Jeśli jednak nic się nie zmieniło od czasów, kiedy sam byłem takim studentem, to zapewne wyniki ewentualnej ankiety byłyby podobne do tych, które przytoczono we wspomnianym tekście. Kiedy byłem studentem nie miałem najmniejszego problemu ze zdobyciem nielegalnego oprogramowania. Podejrzewam, że dziś jest o to jeszcze łatwiej (bo spadły ceny urządzeń archiwizujących oraz nośników danych).
Problem piractwa w ogólności
Napiszę to wprost, choć zdaję sobie sprawę, że w środowiskach FLOSS może to być niepopularny pogląd: uważam, że każdy człowiek ma prawo własności do tego, co sam wytworzy, a co się z tym wiąże, może podejmować decyzje o udostępnieniu efektów własnej pracy innym ludziom na takich zasadach, na jakich tylko zechce. Jeśli ktoś napisze książkę (np. taki skrypt dla studentów), albo program, i zażąda zapłaty za udostępnienie kopii tych dzieł, oraz zastrzeże, że nie wolno tych kopii dalej rozpowszechniać – to ma do tego prawo. Oczywiście każdy inny człowiek ma prawo nie kupować od niego tych dzieł – i nie korzystać z nich. Albo opracować własne, alternatywne dzieła, i upowszechniać je za darmo.
Prawo własności pozostaje jednak prawem własności – czy dotyczy przedmiotów materialnych (np. portfeli) czy niematerialnych (np. oprogramowania).
Problem z piractwem wiąże się ze specyfiką tego procederu. Żeby ukraść komuś portfel, trzeba się zdobyć na pewien wysiłek – trzeba wyjść z domu, zbliżyć się do obiektu kradzieży. Poza tym krzywda ofiar tego czynu jest bezpośrednio widoczna: człowiek, któremu ukradziono portfel, nie będzie szczęśliwy i zadowolony czy choćby tylko obojętny. W dodatku przeciętny człowiek potrafi sobie wyobrazić co by się stało, gdyby ukradziono mu portfel. Dla większości ludzi są to skuteczne bariery i dlatego większość z nas nie jest kieszonkowcami.
Zupełnie inaczej wygląda sprawa pirackiego oprogramowania. Można to robić we własnym domu, kiedy nikt nie widzi (a więc nie może nas za to potępić). Poza tym skutki tego procederu nie są dla nas bezpośrednio widoczne – kto się przejmuje tym, że programista, którego nigdy na oczy nie widział, zarobi mniej? A ilu użytkowników komputerów jest równocześnie programistami, sprzedającymi efekty swojej pracy i potrafiącymi sobie wyobrazić skutki piractwa własnych programów?
Z tego powodu wśród ludzi jest zdecydowanie więcej “piratów komputerowych” niż kieszonkowców. I to nie tylko wśród studentów – ale w ogóle. Dlatego też temat piractwa na polskich uczelniach powinien być traktowany jako część większej całości. Problemem nie jest to, że na polskich uczelniach występuje zjawisko piractwa, czy to wśród studentów, czy to wśród pracowników dydaktycznych. Problemem jest to, że na polskich uczelniach można spotkać takich samych ludzi, jak wszędzie indziej, a piractwo jest powszechne w społeczeństwie.
Komentarze są prywatnymi opiniami dodających je osób. Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi. Komentarze obraźliwe oraz obniżające poziom serwisu będą usuwane. Więcej w regulaminie komentowania.
98 komentarzy
Wszystkie autorskie niusy w serwisie publikowane są na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.
Skoro autor już na wstępie sprowadził “winę” uczelni do kategorii moralnych, poruszę inną sprawę natury etyczno-ideologicznej.
Tzw. własność intelektualna nie ma nic wspólnego ze znanym nam prawem własności, będącym zarazem podstawą wolnego rynku, kapitalizmu i współczesnej ekonomii. Własność intelektualna jest zaprzeczeniem własności, gdyż ogranicza moje prawo własności do tego, co kupiłem. Nie jest to już moja własność rzeczowa, a czyjaśtam własność intelektualna – a uprawomocnienie tegoż pojęcia sprawia, że ten ktoś ma prawo wyznaczać mi moje prawa w stosunku do mojej własności. A kiedy wykroczę poza to, co mi wyznaczył, nazwie mnie – podobnie jak autor – złodziejem.
Sytuacja ta jest sama w sobie kuriozalna i sprawia, że wszelką “własność intelektualną” mam w głębokim poważaniu – tam, gdzie jej miejsce.
W tym wypadku oprogramowania niestety nie kupujesz niczego na własność. Płacąc za np. system operacyjny dzierżawisz go tylko na jakiś czas… W najlepszym wypadku możesz zainstalować go na innym komputerze, kiedy wymienisz części ze starego… W najgorszym… Hmmm. Wymienisz dysk – musisz zapłacić raz jeszcze 320 zł za nowy system….
Nie byłoby to takie złe, gdybym wydał te pieniądze z poczuciem: “no, zapłaciłem – ten system jest mój – mogę zrobić z nim co chcę”. G**** prawda… Zapłaciłem – mogę używać go jakiś czas. Później pozostaje mi znów wydać kasę na coś, co i tak nigdy nie będzie rzeczą do mojej własnej dyspozycji.
W jednym miejscu się mylisz. Własność intelektualna nie ogranicza tego, co już masz. Własność intelektualna kształtuje produkt zanim wchodzisz w jego posiadanie. Więc masz pełne prawo do tego, co kupiłeś. Włsność intelektualna jest uwieńczeniem kapitalizmu, bo pozwala sprzedać myśl.
Niestety tak nie jest. Odsyłam do komentarza kocio na dole.
W komentarzu wyraźnie pisze, że masz prawo do tego, co kupiłeś. A użytkownicy łamią prawo wykorzystując przedmiot w sposób niedozwolony (za tego typu wykorzystanie nie zapłacili). Moralne zużycie, brak stymulacji rozwoju, czy chęc dzielenia się ludzi (Aczkolwiek to czy chcęć dzielania się jest naturalna nie jest oczywiste. Czy można w ogóle mówić o dzieleniu się w wypadku, gdy nic nie tracimy?) nie mają tu nic do rzeczy. Do tego pisze, że myśl traktowana jest jako towar. To daje podstawę do obrotu myślą (koncepcją, wynalzkiem itd), co jest zgodne z duchem kapitalizmu. Bez tego prawa obrót myślą byłby niemożliwy. Argumenty o których pisze kocio to argumenty socjalisty. Wspólne dobro (tu także ogólny rozwój), altruistyczne dzielenie się to domena socjalizmu.
Paradoksalnie własnosć intelektualna jest również potrzebna, by chronić otwarte oprogramowanie przed zamykaniem.
Te dwa zdania sobie zaprzeczają. Skoro mogę wykorzystać swoją własność w sposób niedozwolony (przez kogoś, a nie odgórnie przez państwo) to nie mam do niego prawa.
Nie, bo to tak jak zresztą napisałeś, wykorzystując produkt niezgodnie z umową zarządzasz czyimiś dobrami a nie swoją własnością. I to nie jest tu moim argumentem. Moim argumentem jest fakt, że jesteś świadomy jeszcze przed zakupem ograniczeń produktu (jeśli produkt informuje cię o ograniczeniach później masz prawo go zwrócić) i nie możesz narzekać, że ogranicza się prawo do tego co zakupiłeś. Wszelkie ograniczenia są elementem produktu, który kupowałeś.
I co z tego, że jestem świadomy? Fakt świadomości lub nie nie ma znaczenia. Prawo pozwala komuś dyktować mi warunki i wcale nie musi się z tym ukrywać. Co nie oznacza, że sytuacja, w której za coś zapłaciłem i nie mogę zrobić z tym co chcę jest dobra. To jeden z tych przypadków, gdzie prawo nie służy ludziom i powinno ulec zmianie.
Całe szczęście w Polsce, jeśli licencja nie jest zgodna z prawem, to niezgodne zapiski są nieważne. Przejdźmy jednak na inny grunt i powiedzcie mi czy zezwolenie producentowi na zmianę moich praw do kupionej przeze mnie rzeczy, bez powiadamiania mnie o tym, jest moralna? Tutaj właśnie powoli własność intelektualna zaczyna wypierać własność tradycyjną i pojawia się paradoks, że wiem i nie wiem na jakich zasadach zgadzam się z czegoś korzystać. Takie zapiski licencyjne już istnieją.
@Thar: o moralnym kontekście wolałbym nie dyskutować, bo to kwestia poglądów (i punktu wiedzenia). Do tego ten kontekst nie jest identyczny dla każdego wykorzystania własności intelektualnej. To czy służy ludziom, czy nie, też nie jest dla mnie aż tak oczywiste.
@Slawek, Znasz takie przypadki? Bo ja się nie spotkałem z taką sytuacją, by producent mógł odgórnie (bez twojej akceptacji) zmieniać licencję na to, co kupiłeś. Jeśli takie zapiski istnieją, to muszą dotyczyć produktów naprawdę hmm… słabej reputacji. Ale fakt faktem i o takich praktykach pierwotna umowa musi cię powiadomić. Dla mnie takie umowy nie są morlanie właściwe.
Jednak poważniejszym zastrzeżeniem jest niejasność umów. Dajmy na to taki GPL wprowadza wątpliwość, co do możliwości dynamicznego linkowania. To jest dla mnie prawdziwy problem.
Ależ cała ta dyskusja odbywa się w kontekście moralnym.
Nie prawda… Jeśli zakupujesz windowsa nie jest tak, że możesz go używać dowoli, bo go zakupiłeś.. Tak naprawdę dzierżawisz go tylko.. przez jakiś czas, po którym zmuszony jesteś przestać go używać, bo kończy się czas wsparcia dla niego.
@Mariusz: To jest kwestia mylnego postrzegania produktu. W wypadku Windows produktem jest to, co pisze w licencji, że nim jest (tu dochodzą też kwestie związane z prawem danego kraju, czy wspólnoty krajów). Taki produkt nabywamy i możemy go używać do woli (w ramach licencji. Jak przekroczymy ustalenia licencji zaczynamy korzystać z czyjegoś dobra i naruszamy czyjąś własność).
no jest w tym co piszesz duzo racji, ale nie zlwania to z obowiazku czy tez mozliwosci zapytania studentow co sadza o np takim formacie zapisu itp. ja np mialem na uczelni wykladowce Logiki czyli bardziej matematyko niz komputero pochodna. jednak wszystkie materialy pani doktor udostepniala w formacie postscript. sam nie wiedzialem “z czym to sie je” ale wykladowczyni byla na tyle uprzejam zeby wyjasnic co i jak. poza tym mysle ze jesli ktos wyklada budownictwo czy architektore czy inzynierie to wie ze AutoCad nie jest jedynym oprogramowaniem sluzacym do tworzenia rysunkow. nie wiedza czy nie umiejetnosc w poslugiwaniu sie kompouterem nie jest zadnym wytlumaczeniem. te osoby mimo wszystko powinny wiedziec ze MS Office nie jest jedyny – nie zyja w klatkach a zapytac to nie boli.
W końcu lektorzy powinni przedstawiać obiektywny punkt widzenia, a nie iść na łatwiznę, bo się do czegoś przywiązali. Zmiana naturą postępu!!
czytałem cały tekst jak i poprzednika. chciałem tylko nadmieniż, że moja siostra w gimnazjum plastycznym na przedmiocie związanym z grafiką komputerową (konkretniej wektorową) ma zajęcia, które odbywają się na programie Corel Draw… Nie mam nic przeciwko temu… Szczególnie, że pracuję wyłącznie pod Linuxem i używam Inkscape – i dobrze wiem, że niestety brakuje mu jeszcze funkcjonalności, ale wszystko jest na dobrej drodze. W każdym razie nauczyciel zadaje zadania domowe praktycznie po każdych zajęciach np. w piątek popołudniu, a kolejne odbywają się już w poniedziałek i wymaga rozszerzenia .cdr … Oczywiście nie mam w domu Corela, więc pierwsze zadanie domowe siostra odrobiła w Inkscape zapisując wszystko do SVG. Moim zdaniem lepiej, gdyż od razu ma do czynienia z innym oprogramowaniem i nie uczy się schematyczności, a wręcz odwrotnie. Niestety jej nauczyciel powiedział, że SVG to jest jakiś “niestandardowy format” i on nie może go odczytać (nie muszę mówić o tym, że chociażby FIREFOX, go czyta? no… pomińmy, że Corel również). Tak więc po kolejnych zajęciach siostra wróciła z wypalaną płytką, na której było napisane “Corel 11″ i powiedziała, że dostała ją od wychowawcy, żeby sobie przegrać – ekhm. Najpierw to sprawdziłem, czy ten Corel odpala pod Wine (co to by było, gdybym poza Corelem musiał jeszcze Windowsa nabyć… haha) i fakt, odpala. Potem kazałem siostrze odnieść tą płytkę z powrotem do szkoły. Niestety z wychowawcą nadal są problemy, co strasznie mnie irytuje. Jak twierdzi moja siostra – jej szkoła wymaga by praca dyplomowa na tytuł technika wykonana była w Photoshopie i/lub Corelu i nie przyjmują innych formatów niż .psd i .cdr – co gorsza szkoła nie ma zamiaru wcale udostępniać sali uczniom, gdyż praktycznie przez cały czas odbywają się w nich zajęcia. I ja pytam do jasnej ciasnej – gdzie jest sprawiedliwość? Bo wiem, że photoshopa jako uczeń siostra może kupić za 270zł bodaj, ale to jest “DARMOWE szkolnictwo?”. Nie wiem ile kosztuje Corel dla uczniów, ale spodziewam się, że niemało… No i kolejne pytanie – co im przeszkadza, że będzie to wykonane w czymść otwartym i darmowym? To, że nie znają tych programów i nie będą potrafili ocenić pracy? Ich problem…
Ja miałem w sumie podobny problem z uczelnią odnośnie AutoCAD’a. Szkoła wymagała, ale nie udostępniała – nie wiedzieć czemu. Do tego nadmienię, że to uczelnia prywatna, a sali też nie chcieli udostępnić. No ale po krótkiej pogawędce z wykładowcą (na szczęście Ci z “doc. inż” są bardziej ogarnięci niż tacy po ASP) porozumiałem się i nie musiałem instalować pirackiego AutoCAD’a 2008, który tak czy siak nie odpalił mi na WINE, więc musiałem dodatkowo nabyć windowsa (ale tego na szczęście uczelnia już udstępniała z MSDN). Tak więc skończyło się na tym, że jakimś cudem mi udostępnili AutoCADa tak, bym mógł bez obaw postawić go u siebie na laptopie, by korzystać z niego na terenie uczelni… a klucz do windy dostałem z MSDN.
Tak czy siak cyrki są niesamowite… i pewnie będą jeszcze dłuuugo, dłuuuugoo…
jedno jest jednak pewne – jak moja siostra jeszcze raz mi przyniesię wypalanego Corela do domu z pirackim kluczem – ucierpi na tym sporo jej szkoła…
Nie wiem jak ma się porównanie Inkspace vs. Corel, ale ekstrapolując problem na kanoniczny przykład GIMP vs. Photoshop:
Nikt przy zdrowych zmysłach nie zatrudni grafika który w szkole uczył się na GIMP-ie. Bo GIMP nie ma obsługi CMYK, Pantone i paru innych rzeczy. A cała profesjonalna poligrafia to jest właśnie CMYK i Pantone. W efekcie taki człowiek jest z punktu widzenia pracodawcy po prostu NIEKOMPETENTNY.
Z tego co mi wiadomo nowy GIMP ma już obsługę CMYK
> Z tego co mi wiadomo nowy GIMP ma już obsługę CMYK
Mylisz się grubo. To, że można podać kolor w bliżej niesprecyzowanych współrzędnych CMYK nie oznacza nawet jednej dziesiątej faktycznej obsługi tego systemu.
W CMYK masz szereg zagadnień związanych z fizykalnością farb, zastępowaniem kolorów neutralnych utworzonych z triady przez czarny drukarski (zob. http://en.wikipedia.org/wiki/Grey_component_replacement http://en.wikipedia.org/wiki/Under_color_removal). Do tego dochodzi obsługa różnych systemów farb CMYK w różnych krajach (różnią się trochę kolorami), symulacji druku na papierze powlekanym i nie, oraz dla tych wszystkich przypadków podglądu jak obrazek w danej przestrzeni kolorystycznej będzie wyglądał po spakowaniu (w różnych sposób!) do zwykle znacznie mniejszej przestrzeni kolorów CMYK.
O obsłudze systemów drukarskich z większą ilością farb, np. hexachrome, albo tzw. duotone, tritone itd. nie wspominam. Brak obsługi kolorów Pantone i w ogóle symulacji/obsługi kolorów „spotowych” (czyli dodanie przebiegu maszyny drukarskiej z pewnym konkretnym kupionym/zmieszanym uprzednio kolorem). Szkoda czasu na wypisywanie czego jeszcze brakuje do profesjonalnej poligrafii.
Photoshop wewnętrznie reprezentuje kolory w przestrzeni L*a*b, co powoduje, że konwersje między faktycznymi fizykalnymi przestrzeniami są możliwie bezstratne (oczywiście biorąc pod uwagę gamut).
Na koniec mamy koszmarne UI Gimpa, które marnuje czas i zdrowie użytkownika (i nie odpalajcie flame’a, jako argument dodam, że fork Inkspace z Sodipodi miał m. in. na celu pozbycie się tego koszmarnego gimpowego paradygmatu w UI).
Pozdr.,
A ja wezmę i odpalę.
Tak wygląda interfejs Photoshopa CS3:
http://57.pl/images/programy/adobe-photoshop.jpg
Od Gimpowego różni się tylko tym, że okna programu nie pływają bezpośrednio na pulpicie a w oddzielnym oknie (istnieje fork Gimpshop który ma na celu stworzenie podobnego interfejsu – i działa).
Tylko że utarło się “Gimp ma dupne GUI” i “Photoszop rlz”.
Nie wiem, z jakiego torrenta brałeś to „CS3”, ale mój Photoshop CS3 wygląda zupełnie inaczej. Chyba, że tendencyjnie zfloatowałeś wszystkie palety do tych quasi-okienek oraz w oknie-wewnątrz-okna (po co?) trzymasz dokument, na którym pracujesz. To, co jest na tym obrazku, to oczywiście antyteza normalnej pracy w PS. Pracuje się z *jednym* oknem, w miarę możliwości zmaksymalizowanym, co w przypadku GIMPa jest po prostu niemożliwe do osiągnięcia. Do efektywnej pracy mysz powinna służyć tylko do obsługi narzędzi graficznych, a nie do bawienia się w ręczny window management. Więc to nie żaden mit, tylko bolesna prawda z dziedziny „usability”.
Wejdź sobie do wyszukiwarki grafik Google i wpisz “Photoshop CS3″.
Masz dla porównania mój CS3:
http://theka.tk/photoshop.jpg
Nie ma tam ani jednej rzeczy floatowanej. Wszystkie palety mogę wyłączyć tabem (spróbuj w gimpie, zwłaszcza z jego paletami jako toplevel windows), mogę bardzo łatwo przeskakiwać między fullscreen, quasi-fullscreen i windowed (klawisz f, spróbuj w gimpie…).
Naprawdę, nie ma się o co kłócić. Paradygmat gimpa jest ciężko chybiony od początku.
@antoszka: Testowałaś Gimpa na Windowsie? Na Linuksie znacznie lepiej się na nim pracuje(choćby obsługa wirtualnych pulpitów).
hmmm…. GUI GIMPa jest po prostu genialne
Uważam, że rodzielenie na wiele okienek stwarza lepsze perspektywy niż praca w “scalonym” oknie photoshopa – chociażby jeśli chodzi o możliwość pracy na dwóch, czy nawet trzech monitorach. Kwestia jest tylko taka, że jak ktoś się przyzwyczai do jednego, to z drugim mu ciężko. Po prawie 8 latach pracy WYŁĄCZNIE na linuxie – korzystając z softu tupy GIMP, inkscape, blender mam problemy z poruszaniem się pod windowsem, denerwuje mnie ściąganie programów ze stronek – instalowanie i klikanie “dalej”, “dalej” – po prostu dla mnie windows obecnie jest trudny w obsłudze, a przynajmniej męczący. To samo mogę powiedzieć o interfejsie blendera, do którego na początku nie umiałem w ogóle podejść a obecnie nie wyobrażam sobie pracy w innym środowisku jeśli chodzi o 3d:)
Czy się mylę, czy wszystkie merytoryczne komentarze, które krytykują „ach, nasz ukochany i jedyny GNU software” są minusowane tylko z tego powodu, że mają czelność skrytykować świętość?
Ludzie, bezmyślna apologetyka, podobnie jak bezmyślny patriotyzm (vide źle pojęta polityka historyczna) prowadzą do klęski danego projektu (narodu). Żeby aplikacje użytkowe GNU typu GIMP mogły konkurować z behemotami typu Photoshop, potrzebna jest ich zajadła (ale twórcza i merytoryczna!) krytyka oraz pomoc ze strony tych, którzy są w stanie pomóc (programiści, praktycy, itd).
Przeczytajcie sobie ten artykuł na TuxDeluxe: http://tuxdeluxe.org/node/284, pisze tam człowiek o Linux Hater’s Blog, który to blog często się pojawia w komentarzach tutaj, interpretowany kompletnie na opak.
URL się źle wygenerował:
http://tuxdeluxe.org/node/284
przeczytałem, bardzo ciekawy art. poleciłbym.
Corel dla uczniów kosztuje od około 200 do 350zł w zależności od wersji i sklepu.
Tylko, że jest wyłącznie na Windowsa, a Vista BOX kosztuje 1800 zł.
Pokaż siostrze Xarę (http://www.xaraxtreme.org/). Przez pewien czas ten program był własnością Corela, teraz jest opensource i port linuksowy jest bardzo zaawansowany. Pod paroma względami ten program ten program przewyższa nawet Corela i Illustratora. O ile pamiętam, bez problemu też importuje/eksportuje pliki Corela.
Pozdr.,
s/bardzo/dosyć/
, nie przesadzajmy.
ales wniosl do dyskusji….
znam Xarę. problem polega na tym, że moja siostra nie jest w stanie przestawić się na cokolwiek innego. Ja pracowałem na photoshopie, corelu, gimp, inkscape, xara, 3ds max, blender – dlatego przeniesienie się z jednego interfejsu na drugi nie stanowi dla mnie problemu. siostra niestety taki problem ma… przez szkołę, która ogranicza się do jednego środowiska. i taka moja biedna siostra pójdzie do firmy gdzie zamiast corela jest illustrator i klęknie.
Ale chyba lepiej uczyć się bardziej zaawansowanego Corela niż uboższego Inkscapa (z punktu widzenia perspektyw zawodowych). Poza tym szkoła nigdy nie nauczy człowieka wszystkiego. Trzeba nad sobą samemu pracować.
Może niedługo będziesz miec pretensje o to ze wogole twoja siostra musi posiadac własny komputer, bo tego wymaga szkoła, a przecież powinni dac za darmo…
Ale oczywiscie nauczyciel źle postepuje dając nielegalnego corela.
Niestety jak chce się miec coś dobrego to zazwyczaj trzeba za to zapłacic. Większosc programow opensource jeszcze nie jest w stanie zastapic komercyjnych odpowiednikow.
Raczej w niektórych zastosowaniach. Nie oceniajmy po ilości
. Na platformie Windows i tak dominuje parę programów, bo nie liczy się wybór. Ja znam np. programy FreeWare lub nawet komercyjne, które nie dorównują tym aplikacją OpenSource.
Ale jeżeli ktoś jest w stanie zrobić coś równie dobrego w Inkscapie jak w Corelu, dlaczego nauczyciel nie poświęci tych kilkudziesięciu MB na instalację nowego programu (chociaż przy standardowym SVG bez rozszerzeń wystarczy dowolna przeglądarka).
Inna sprawa, że w razie możliwości nauczanie powinno odbywać się na programach wolnych i wieloplatformowych (no ale to czasami jest niemożliwe, chociażby z braku odpowiednich narzędzi)
Czy ja wiem. Inkscape jest programem dość ubogim (Corel miał chyba więcej funkcji już 10 lat temu). O ile uczy się faktycznie zupełnych podstaw, to Inkscpae się nadaje. W przeciwnym wypadku pozostaje Corel.
Otwratość nie powinna jedynym wyznacznikiem. Otwrte oprogramowanie musi być jeszcze dostatecznie użyteczne dla potrzeb rynkowych (jak np. w chwili obecnej OO.o).
I dlatego w miarę możliwości.
Ciekawa szkoła, że wymaga akurat Corela. Z tego co obserwuję w tzw. (przepraszam za wyrażenie) branży kreatywnej, to standardem przemysłowym jest Adobe z Illustratorem, a CorelDraw to jakiś program dla sekretarek.
Co do kosztów oprogramowania. Naprawdę uważacie, że narzędzia na których się zarabia są za drogie? Wersje edukacyjne można nabyć znacznie taniej, a wydanie kilku tysięcy na program, na którym zarobisz rocznie przynajmniej 30 tysięcy – to nie jest wiele. OpenSource ma swoje miejsce, ale nie zawsze i nie wszędzie. “katedralny” model rozwoju w wypadku przemysłowego poziomu aplikacji graficznych czy projektanckich ma swój sens – tak jak ma sens budowanie w ten sposób np. promu pasażerskiego.
Nie chcielibyście pływać promem zbudowanym przez bazar inżynierów.
Odnoszę wrażenie, że autor nie miał w życiu żadnej styczności z kierunkami inżynierskimi. (Informatyka NIE JEST kierunkiem inżynierskim, chociaż jego absolwenci w polskim systemie kształcenia dostają dyplomy inżynierów).
Weźmy np. zajęcia z symulacji układów elektronicznych. W ramach tego laboratorium student ma 90 minut czasu na wprowadzanie do symulatora układu i wykonanie symulacji. Specyfika przedmiotu wymaga przygotowania się do zajęć w domu (a zwłaszcza do kolokwium). Oczywiście, student może teoretycznie użyć dowolnego symulatora, bo teoretycznie wszystkie działają tak samo. Otóż tylko teoretycznie. Bo tego typu oprogramowanie ma to do siebie, że jest bardzo rozbudowane. Co praktycznie oznacza, że trzeba poświęcić KILKA GODZIN żeby jako-tako opanować samo narzędzie. (To i tak jest dobrze, ponieważ istnieją narzędzia profesjonalne gdzie podstawowy kurs obsługi trwa np. DWA TYGODNIE po 8h dziennnie, a jaką-taką płynność pracy osiąga się po roku. Na szczęście nikt tym nie katuje studentów.). Dodatkowo, każdy program inżynierski ma unikalny zestaw własnych bugów i “ficzerów”, których nie ma konkurencja. Jeżeli teraz student przygotuje się do laboratorium na innym symulatorze, to może zajść jedna z kilku sytuacji:
- student straci pół godziny na szukanie opcji, którą w każdym programie umiweszczono w innym miejscu
- student w czasie zobaczy komunikat błędu o treści “Gmin stepping failed”, którego w domu nie miał, bo używał symulatora który ma lepszą zbieżność. Albo w takiej samej sytuacji pojawi mu się komunikat “Source stepping failed” i nie skojarzy, że chodzi o to samo.
- działający prawidłowo w domu układ rozjedzie się na zajęciach, bo jeden z programów miał w bibliotece błędną wartość wzmocnienia tranzystora
- działający prawidłowo w domu układ na zajęciach wpadnie w oscylacje, bo akurat ten program ma większe błędy numeryczne niż drugi
Powodzenia jeżeli taka sytuacja zdarzy się na kolokwium.
Reasumując: student oczywiście może nie kraść oprogramowania. Tylko wtedy pożegna się z uczelnią na końcu semestru.
Teraz co do tego, kto ponosi winę za taki stan rzeczy. Autor usiłuje wykręcić kota ogonem, sugerując, że władze uczelni i pracownicy są bez winy, bo nikt im się nie skarży. Nie trzeba być geniuszem, aby stwierdzić, że skoro kupiło się program w cenie $10K za licencję (ze zniżką dla uczelni), to żadnego studenta na to stać nie będzie. Więc jedni i drudzy zdają sobie doskonale sprawę z tego co się dzieje. Tylko, że taka sytuacja jest dla nich po prostu wygodna. Bo oni przecież oficjalnie nic o tym nie wiedzą. A łatwiej jest kupić N boxowych licencji jednostanowiskowych niż kupować site license obejmujące całą uczelnię. Bo raz, że drożej, (choć nie koniecznie) a po wtóre, ktoś musiałby najpierw za tym pochodzić, wynegocjować, potem zajmować się ewidencją licencji, administracją FlexLM i temu podobnymi pierdołami, które przecież są poniżej godności wielkich pracowników naukowych.
Najlepsze jest to, że w sumie całe ryzyko używania piratów ponosi tutaj student. Uczelnia jest kryta i umywa ręce.
Sugestia, że student powinien iść do dziekana na skargę na pracowników już jest w ogóle humorystyczna. A cóż dziekan może zrobić? Przecież site license nie kupi, bo nie ma pieniędzy, a nawet jeśli kupi, to najwcześniej w przyszłym roku budżetowym (jeśli oczywiście zechce mu się spędzić miesiąc czasu na przygotowaniu papierów i znalezieniu pieniędzy). Programu też w środku semestru nie zmieni. Prowadzących zdyscyplinuje? Przecież dyscyplina pracowników naukowych uczelni to oksymoron… Zresztą nawet jakby, to oni z zemsty udupią studenta na zaliczeniu. Nie będzie gówniażeria podskakiwać. Ergo, dla studenta optymalną (i jedyną) strategią jest siedzieć cicho, korzystać z piratów i modlić się żeby policja nie zrobiła nalotu na akademik.
Świetny, trafny i rzeczowy komentarz.
A kto karze studentowi na egzaminie korzystać z danego Oprogramowania? Niech przyniesie własnego laptopa lub własną kopię binariów i tyle.
po czym zostanie oblany, bo zupa byla za slona, tudziez dowolna inna odpowiedz prowadzacego zajecia…
pamietaj, ze ten kto sie wyroznia nie idac glownym nurtem – zazwyczaj jest do tego nurtu sila “dopasowywany”.
Informatyka na politechnice jest jak najbardziej kierunkiem inżynierskim. Tam nie dają zadań w stylu: “Weźmy komputer o nieskończenie wielkiej pamięci… ”
Studiowałem automatykę i robotykę na politechnice, miałem do czynienia również z informatykami i elektronikami (na różnych specjalnościach). Jeśli to nie są kierunki inżynierskie…
Przykład ze specjalistycznym oprogramowaniem jest dobrze dobrany. (Wprawdzie nie znam się na symulacji układów elektronicznych, ale mógłbym podać podobne przykłady z mojej dziedziny.) Absolutnie nie mogę się jednak zgodzić z konkluzją, że “student oczywiście może nie kraść oprogramowania. Tylko wtedy pożegna się z uczelnią na końcu semestru.”.
Trudno jest odnieść się do tego, co napisałeś, bez wpadania w dłuższe wywody. Napiszę więc, co moim zdaniem studenci mają szansę realnie zrobić, żeby to zmienić. Po pierwsze, muszą zacząć się głośno skarżyć na to, jak trudne (z powodów finansowych) są warunki studiowania. Oczywiście powinny to być skargi rzeczowe (konkretne argumenty, najlepiej poparte liczbami), a nie narzekanie “bo Pan jest zły i wymaga”. Po drugie, gdy stosowne skargi u pracowników dydaktycznych niczego nie dają, pójść do władz i powtórzyć to samo. Gdy studenci poskarżą się raz, drugi, trzeci, to coś może zacząć się w tym temacie dziać.
A po trzecie, to proponuję zastosować niezwykle skuteczną metodę, którą “wypracowali” studenci na moim wydziale: unikać wyboru specjalności, na których takie problemy występują.
Skutki nie będą natychmiastowe. Ale w ciągu np. 5 lat wiele można tak zmienić.
krzy, są dwie możliwości. Albo się zapędziłeś w interpretacji tego, co napisałem, albo tego nie zrozumiałeś.
Nigdzie nie napisałem, że władze uczelni są bez winy – bo moim zdaniem to właśnie one powinny tutaj najwięcej zrobić! Pisałem tylko, że jak długo te władze nie będą wiedziały o tym problemie, tak długo nawet palcem nie kiwną. A powiedzieć o tym problemie mogliby im sami studenci. I jeśli coś zasugerowałem, to właśnie to, żeby studenci wreszcie zaczęli się na to skarżyć! (Dodam, że im głośniej i częściej, tym lepiej.)
Pewnie, że nic. To przecież taki pionek, nic nie znaczący figurant. W ogóle nie wiem, jak mogłem pomyśleć, że dziekan coś znaczy, że ma na coś wpływ?
Są dwie możliwości: albo Ty mało wiesz o tym, jak działa uczelnia, albo ja mało o tym wiem. Bo zupełnie się z Tobą nie zgadzam.
Poza tym nie chodzi o zmiany natychmiastowe, lecz raczej o poprawę sytuacji – tak, aby za kilka lat było już lepiej.
Ja rozumiem, że można się zdenerwować i napisać coś pod wpływem emocji. Zdaj sobie jednak sprawę, że takimi stwierdzeniami obrażasz pracowników naukowych uczelni. O dziekanach nie wspominając.
No tak, przecież teraz nie można powiedzieć o znanym łapówkarzu że bierze, bo cię pozwie o zniesławienie…
0. Skoro studiowałeś automatykę, to dlaczego tekst nie dotyczy specjalizowanego oprogramowania? Bo to jest właśnie prawdziwy problem, a nie odgrzewane kotlety w stylu Windows i Office.
1. Co do tego ile może dziekan — dziekan ma mocno związane ręce systemem finansowania uczelni. W praktyce oznacza to, że jak ma dobrą wolę (co wcale nie jest pewne, bo nic nie zmusza go do zakupu site license dla studentów), może co najwyżej umieścić pieniądze w budżecie na rok następny. A właśnie ten aspekt jest kluczowy, bo do następnego roku to student już dawno przedmiot zaliczy. Ergo, student nie ma żadnego interesu w tym żeby iść do dziekana — bo się narazi, a sprawa w interesującym go terminie i tak załatwniona nie będzie.
2. Co do dyscypliny pracowników naukowych: polskie uczelnie nie mają funkcjonującego systemu oceny pracowników (gdzie funkcjonujący znaczy, że ci którzy dostaną oceny negatywne żegnają się z pracą). Skutki jakie są, każdy widzi. Tyle w tym temacie.
3. Co do unikania przez studentów specjalności z tego powodu — litości… Student w wyborze specjalności kieruje się jednym jedynym kryterium, czyli stosunkiem zarobków do stopnia trudności studiów.
“Pisałem tylko, że jak długo te władze nie będą wiedziały o tym problemie, tak długo nawet palcem nie kiwną. A powiedzieć o tym problemie mogliby im sami studenci”
Bez jaj, sugerujesz ze wladze uczelni znajduja sie w RPA i listownie kieruja uczelnia
Oczywiscie ze wladze wiedza (a jesli nie wiedza to chyba nie powinni byc w tej “wladzy”) tylko nie chce im sie nic z tym zrobic. Lenistwo to nasza narodowa cecha.
Co do tezy ze dany profesor zna tylko worda i mialby problemy z inna aplikacja i dlatego kaze wszystko w docach przynosic. A co to kogo obchodzi do jasnej anielki. Powinien dostac instrukcje – od 01.09.2009 uzywamy tylko OO i po wszystkim – ma sie nauczyc. Uczelnia moze mu nawet ksiazke kupic.
Brawo za rzetelny artykuł, ale chyba jedynym smutnym wnioskiem z niego wynikającym, że po prostu obecny stan rzeczy jest stanem natualnym i jako tako nie da się go sztucznie poprawić.
Doradzałbym ostrożność w wyrokowaniu, że jakiaś sytuacja społeczna jest „naturalna”, zważywszy, że – patrząc na historię – jak dotąd wszystkie takie twierdzenia okazały się fałszywe.
Co do „własności intelektualnej”, to jest ona konstruktem prawno-etycznym zasadniczo różnym od własności materialnej (które też zresztą nie jest czymś bezwzględnie danym i „od zawsze”, lecz również wydaje się być pewną konwencją przyjętą w życiu społecznym, obwarowaną zresztą szeregiem powszechnie akceptowanych wyjątków), na co zwrócił uwagę Kocio (patrz niżej).
Co więcej:
1) obecnie obowiązujące i tworzone prawo nie zabezpiecza w równym stopniu interesów wszystkich uczestników: autorów, odbiorców, dystrybutorów/pośredników (wydaje się, że jest tworzone w znacznym stopniu pod dyktando tych ostatnich),
2) w przypadku programów spod znaku MS mamy do czynienia z pozycją monopolistyczną i tej pozycji niezawsze eleganckim (delikatnie mówiąc) wykorzystywaniem, co godzi w interesy innych uczestników życia społecznego (można się spierać czy mniej, czy bardziej niż tzw. piractwo).
Co oczywiście nie oznacza, że prawo autorskie, patentowe etc. powinny być zniesione.
Z drugiej strony mamy również bardzo częste ignorowanie przez użytkowników jakichkolwiek praw autorów, producentów i dystrybutorów – a nierzadko (jak w opisywanym przypadku) towarzyszy temu w dodatku demoralizująca hipokryzja i „dwójmyślenie”. Jest to więc (o czym pośrednio autor) zarówno kwestia nieświadomości wagi samego problemu lub, co gorsza, nieświadoności udawanej – a więc problem mentalności.
W odniesieniu do omawianej sytuacji w szkolnictwie wyższym – trudno mi ocenić moralną winę studentów, pracowników i samej uczelnie (i nie to w tym momencie jest najważniejsze; jałowe rozważania o winie często stają się tematem zastępczym). Wydaje mi się w każdym razie, że to przede wszystkim w rękach uczelni leży klucz do ucywilizowania tej sytuacji.
Porównanie z pociągami na gapę mz. chybione, chyba żeby wziąć hipotetyczną sytuację, kiedy to władze uczelni wymagałyby od studentów podróżny Warszawa-Paryż powiedzmy co 2 tygodnie (bo do tego można porównać kwestię kosztu dostępu do drogich specjalistycznych narzędzi), czy też nagle zaczęłyby wymagać do studentów np. używania tylko długopisów i papieru firmy X, mimo, że są droższe i niekoniecznie lepsze niż innych producentów (bo do tego z kolei można porównać kwestię wymuszania używania np. programów biurowych MS).
s/Z drugiej strony/Z drugiej strony bowiem/
s/(o czym pośrednio autor) zarówno kwestia/(o czym pisze autor) kwestia/
Miałem na myśli powszechnie wykorzystywane oprogramowanie, jak np. systemy operacyjne Windows czy oprogramowanie biurowe typu MS Office, a nie oprogramowanie specjalistyczne.
Chciałbym zauważyć, że problem piractwa na uczelniach nie dotyczy wyłącznie oprogramowania specjalistycznego; problem ten dotyczy również (a może: przede wszystkim) oprogramowania, którego ceny nie są tak bardzo wysokie (w porównaniu z cenami oprogramowania specjalistycznego).
To ja Was pocieszę.. Mój kuzyn studiuje budownictwo na Politechnice Poznańskiej. Wielkim szokiem dla mnie było, kiedy powiedział mi, że wszyscy studenci dostali płyty z LINUXEM, ponieważ uczelnia na tym systemie pracuje i z tego systemu wymagać będzie znajomości.
Widocznie nie na wszystkich uczelniach preferuje się piractwo…
To chyba po niedawnych zdarzeniach, które miały na PP miejsce
Obywatele proszą Partię o więcej nalotów na akademiki! Precz z warcholstwem! Zaplute karły reakcji muszą wiedzieć, gdzie ich miejsce!
A to ciekawe. A mają na tego Linuksa program do projektowania mostów, czy co oni tam potrzebują? I licencje na ten program dla studentów też?
Widzi mi się, że jest to działanie określane w wojsku terminem pozoracja.
Pewnie kupili Pontifexa
Fajna dyskusja się wywiązała. I myślę, że bardzo potrzebna, bo problem istnieje, a nikt się mu jeszcze dobrze nie przyjrzał z wielu stron. Może Tomasz Barbaszewski zechce odpowiedzieć — albo jeszcze kto inny?
Co do tekstu to nasuwa mi się kilka luźnych refleksji:
- oczywiście że mówimy o odpowiedzialności moralnej i społecznej a nie np. karnej
- rzeczywiście znam problem z naukowcami, którzy zapewne są świetni w swojej dziedzinie (akurat ekonomia), ale komputera nie czują – to dla nich głównie rodzaj edytora tekstu i wykresów połączonego z rozbudowanym kalkulatorem oraz wygodną pocztą; nieśmiało podejrzewam, że to głównie kwestia wieku, choć na pewno nie do końca, bo znam wyjątki w obie strony
- “Prawo własności pozostaje jednak prawem własności – czy dotyczy przedmiotów materialnych (np. portfeli), czy niematerialnych (np. oprogramowania).”- ależ to zasadnicza różnica, więc – odchodząc od tematu uczelni – zreferuję jednak na czym polega:
…jeśli mam szafę po dziadku, to prawdopodobnie tylko ja ją mam (a nie na spółkę z kimś), a im bardziej intensywnie się jej używa, tym bardziej spada jej wartość, wreszcie szafa ma wyraźne granice i raczej nie sklei się z krzesłem, nawet jeśli będzie na niej leżało 100 lat
…natomiast jeśli “dziedziczę” język polski, to współdzielę go z 44 milionami ludzi na świecie, a im częściej się go używa, tym jego wartość rośnie (komunikacyjna i estetyczna, bo dziedziczę go też po wielu wybitnych artystach słowa – ich twórczość często weszła do języka na trwałe), no i szalenie łatwo się miesza choćby z innymi językami, stąd na styku kultur powstają języki pidżinowe (chociażby klasyczny http://pl.wikipedia.org/wiki/Ponglish)
Programy oraz utwory współczesne też są niematerialne i oczywiście bliżej im tej drugiej sytuacji. Ze swojej istoty zachowują się inaczej niż szafa. Do niedawna jednak to jeszcze nie było jasne, bo dzieła niematerialne były na jakimś trwałym nośniku, więc można było to utożsamiać (stąd np. “książka Coelho” albo “album Radiohead” kojarzymy z przedmiotami, choć równolegle istnieją w formie e-booków i plików dźwiękowych). Trudno było oddzielić nośnik od dzieła. Sytuacja zmieniła się drastycznie – nośnik (komputer, Internet, pliki) stał się powszechnie dostępny i szalenie elastyczny, można nań łatwo przelewać różne dzieła, szybko i masowo. To tylko ujawnia rzeczywistą naturę “przedmiotów niematerialnych”.
Dotychczasowe prawo działa już tylko siłą rozpędu, lobbingu, straszenia i przez zwykłe niezrozumienie, że “własność” w tym wypadku to dosyć abstrakcyjne pojęcie – kto jest np. właścicielem alfabetu? albo chociażby autorem? a to przecież epokowy wynalazek! czyżby był niczyj?! i czy miałby szansę tak wpłynąć, gdyby można było go reglamentować?
Mamy więc prawo, które utożsamia rzeczy materialne z niematerialnymi, choć różnią się od siebie drastycznie, bo do tej pory _w praktyce_ to utożsamienie było prawidłowe. Ale to tak, jakby uznać, że teoria grawitacji Newtona nadal jest słuszna, a grawitacja według Einsteina da się przecież sprowadzić do starego wzoru; a przecież bez poprawek relatywistycznych system np. GPS myliłby się zupełnie konkretnie – o kilka metrów (http://sadzik.w.interia.pl/zaklcnia.htm).
Z czasem ta różnica staje się coraz wyraźniejsza i ważniejsza. O ile więc prawo z kodeksów faktycznie jej wciąż nie widzi, to moralne pojmowanie zdecydowanie się zmienia. Mówi się więc o “prawie czerwonej flagi” (http://en.wikipedia.org/wiki/Red_flag_laws), które nie pozwoliłoby na rozwój motoryzacji, Lessig z kolei w swojej słynnej książce wspomina o prawie własności działki, które – gdyby rozumieć je w sposób nieograniczony – nie dopuściłoby do rozwoju lotnictwa (http://www.futrega.org/wk/04.html).
Z tych powodów coraz bardziej wzbraniam się przed w ogóle używaniem terminu “piractwo”, a już na pewno “kradzież”. Prawo domaga się wielkiej reformy i wcześniej czy później do niej dojdzie. Póki jednak – jak bardzo kalekie by nie było – obowiązuje tak, jakby programy były fizycznymi bytami, trzeba przynajmniej rozumieć, że się “moralnie zużyło” i że to dopiero jest zasadniczy problem.
To nie jest kwestia tego, że “piratuje się lepiej w ciszy”. Ludzie robią to, co robili zawsze – jeśli coś jest fajne i można to powielać, to chcą się tym dzielić i brać. Nigdy nie było z tym problemów, bo kwestie tantiem i praw autorskich dotyczyły tylko jakichś przedsiębiorców i wydawców. Kopiują i udostępniają w domu, bo komputer jest osobisty, a nie dlatego, że się wstydzą. Często po prostu nie zdają sobie sprawy, że ktoś ma im to za złe albo uważają za pazerność i idiotyzm.
Ironią sytuacji jest, że o przestrzeganie prawa w największym stopniu – poza rzecznikami interesów wydawców i innych masowych posiadaczy praw – dbają właśnie uczestnicy ruchu FLOSS i wolnej kultury.
To tyle mojego wtrętu.
Niestety drogi kolego, napisałeś fajną filipikę, tylko kompletnie chybioną.
Współczesne prawo autorskie opiera się na założeniach zaproponowanych przez Victora Hugo w jego wystąpieniu na kongresie pisarzy w 1878 r. Już wtedy rozumiano na czym polega różnica między prawem własności rzeczy materialnych, a prawem własności intelektualnej (zwanej wtedy własnośćią literacką). W tym samym wystąpieniu jest przedyskutowana kwestia opozycji własności rzeczy materialnej (książki), do własności rzeczy niematerialnej (treści książki).
Z tego samego powodu w dzisiejszym systemie prawnym piractwo komputerowe jest karane ze specyficznego paragrafu za piractwo komputerowe właśnie, a nie z ogólnego paragrafu za kradzież. Więcej, polska ustawa o prawie autorskim zawiera nawet taki fajny zapis, że do programów komputerowych w kwestiach nieuregulowanych przepisami szczegółowymi stosuje się przepisy o utworach literackich.
Hugo argumentował co następuje: książka wydrukowana w drukarni to rzecz, więc podlega ochronie na podstawie prawa własności, może być sprzedawana i wydawca może czerpać z niej zysk. Natomiast zawartość tej książki, czyli to co naprawdę nadaje jej wartość (czyli powoduje, że jest ona czymś więcej niż kartkami papieru) chronione nie jest. W tym układzie wynagradzany jest nie ten, co wnosi coś to kultury narodowej (pisarz), tylko ten który to drukuje! Należy zatem wprowadzić prawo własności do samej treści książki; abstraktu w oderwaniu od konkretnych egzemplarzy, po to, aby twórca także mógł czerpać z niej zyski. Wynagrodzenie twórcy w ten sposób jest korzystne dla społeczeństwa, bo twórca bogaty, to twórca niezależny, a nie wyrobnik piszący to, co mu bogatszy (albo państwo) nakaże. Oczywiście konieczne jest (a jakże!) zrównoważenie interesów twórcy i całości społęczeństwa.
Tekst wystąpienia można znaleźć tutaj: http://fr.wikisource.org/wiki/Discours_d‘ouverture_du_Congrès_littéraire_international
Smutne jest tutaj, że 130 lat po wymyśleniu własności intelektualnej niektórzy nie mają dalej pojęcia co ten termin właściwie oznacza.
Niestety, trafiłeś kulą w płot
Współczesne prawo autorskie wywodzi się ze Statutu Królowej Anny z 1709 roku. Powstał on od samego początku dzięki lobbingowi drukarzy i to im przyznawał prawa pozwalające dyktować warunki pisarzom. Hugo w 1878 wypowiadał się przeciwko takiej sytuacji. Przedstawiłeś dobre streszczenie, ale zły kontekst przez co próbujesz nadać temu wystąpieniu inny sens, niż miało w istocie.
Bynajmniej. Statut Królowej Anny to Anglia, a Hugo to Francja. Za czasów Hugo we Francji sytuacja była taka jak napisałem: całą forsę zgarniali drukarze.
Kraje anglosaskie przejęły angielski system prawny w którym istnieje copyright, natomiast na kontynencie obowiązuje francuski system droit d’auteur. Obecnie obowiązujące regulacje w obu systemach w dużej części się pokrywają, ale w dalszym ciągu pozostały pewne różnice — w naszym systemie istnieje pojęcie praw moralnych (osobistych) do utworu, którego w systemie anglosaskim nie ma.
“książka wydrukowana w drukarni to rzecz, więc podlega ochronie na podstawie prawa własności, może być sprzedawana i wydawca może czerpać z niej zysk. Natomiast zawartość tej książki, czyli to co naprawdę nadaje jej wartość (czyli powoduje, że jest ona czymś więcej niż kartkami papieru) chronione nie jest. W tym układzie wynagradzany jest nie ten, co wnosi coś to kultury narodowej (pisarz), tylko ten który to drukuje! Należy zatem wprowadzić prawo własności do samej treści książki”
Nie, nie, nie
Autor może dać drukarzowi zlecenie. Np. że ten ostatni ma wyprodukować określoną liczbę egzemplarzy, rozprowadzić je po ustalonej cenie, odpalić xxx autorowi i ZAPOMNIEĆ o całej sprawie. Bo tak się umówili. Jeżeli tego nie zrobi, to następnym razem autor przekaże swoje pomysły innemu drukarzowi. Podobnie jak inni autorzy.
A drugi drukarz wziąć egzemplarz wydrukowanej książki, przefotografować, wydrukować u siebie i wypuścić na rynek po niższej cenie. I co?
(To za czasów Hugo też miało miejsce).
A, tak, wiem. Trzeba stosować na książkach naklejki “Kupuj od autora”
“drugi drukarz”?? czyżby w końcu określenie “pirat” znalazło swój synonim nie powodujący tyle emocjii?
@krzy: nigdzie tą filipką nie celowałem, więc jeśli trafiła w płot, to i tak uznaję to za sukces. ;-P
Muszę sobie poczytać tego Hugo, bo o kodeksie królowej Anny i okolicznościach powołania tego aktu już trochę wiem. Dzięki za namiar! Nie wchodząc jednak znów w szczegóły – nadal jestem przekonany, że prawo nie jest dostosowane do coraz wyraźniej manifestującej się natury “rzeczy niematerialnych”.
Podoba mi się uwaga Jarka Lipszyca, który wspomniał niedawno o tym, że prawo tworzy tu skomplikowany system etyczny – czyli gąszcz, w którym mało kto się dobrze orientuje, i który już ledwo przystaje do tego, jak ludzie korzystają z dobrodziejstw techniki.
Na przykład tzw. “kultura remiksu” wykorzystuje naturalną skłonność do mieszania rzeczy niematerialnych, o której pisałem w mojej filipice. Tymczasem te grube tysiące filmików wykorzystujących ulubioną muzykę jako ścieżkę dźwiękową są de facto nielegalne i – teoretycznie – prawie niemożliwe do zaistnienia. Ba! Nawet pojedyncze klatki lecących Simpsonów albo grająca w tle (!) muzyka w domowym wideo umieszczonym w sieci, czy zagwizdanie kilku taktów Międzynarodówki w filmie były powodami do procesów albo potwornych opłat. Czemu? Bo prawo traktuje części składowe jakby nadal były samoistną własnością pierwotnych autorów. Czyli analogicznie jak przedmioty.
Można machnąć ręką, że “to tylko dj-ów dotyczy”, a nie normalnych ludzi. Ale nie dajmy się zwieść nazwie – to jest cecha kultury właśnie, tej bez żadnych określników. Pokaż mi dowolne swoje zdjęcie, a znajdę na nim niezliczone ilości rzeczy zaprojektowanych, wymyślonych przez kogoś. Właściwie zabezpiecza nas przed tym tylko robienie fotografii przyrody — choć uwaga: robiąc fotkę przyrody w ogrodzie (nawet angielskim) prawdopodobnie też wykorzystujesz czyjąś “własność intelektualną”, bo ktoś zaprojektował jego układ, a jeśli robisz tylko kwiatka, to lepiej się upewnij, że nie jest to odmiana sztucznie wyhodowana, bo to też świadoma modyfikacja, więc twórczość i autorstwo… Widziałem już knajpy, gdzie nie można zrobić zdjęcia właśnie ze względu na wystrój (!), a jeśli uważasz, że to może uciążliwe, ale sprawiedliwe, to wspomnę o architektach dokonujących renowacji placu, którzy domagali się respektowania ich praw autorskich przez autorów pocztówek – wprawdzie w 2005 sąd oddalił pozew, ale o ile zrozumiałem pracowali za publiczne pieniądze (http://meta.wikimedia.org/wiki/Translation_requests/WQ/3/Pl/7 – “Decyzja Naczelnego Sądu Apelacyjnego”). Łatwo sobie wyobrazić co jeszcze nas czeka, jeśli to pójdzie tą ścieżką.
A “kultura remiksów” to tylko jeden, przykładowo wybrany aspekt nieżyciowego prawa, dla którego – jak w wojsku – “sztuka jest sztuka”, nieważne czy zabór fizycznego mienia, czy nieświadome wykorzystanie wizerunku albo nagrania. Natomiast dyskusja o tym, jak wobec tego mają zarabiać pisarze, jest bardziej dyskusją o sposobach biznesowych niż o utrzymaniu prawnego modelu własności niematerialnej. Pamiętajmy, że prawo autorskie obejmuje automatycznie każdy wytwór ludzkiej myśli – także ten mój komentarz jest wedle prawa twórczością – i wszystko to jest tak samo twardo “chronione”, jak gdybym napisał książkę.
Nie chcę przedłużać, ale naprawdę łatwo o wyraziste przykłady na to, że prawo traktuje wytwory niematerialne jakby dały się policzyć jak rzeczy w magazynie i przypisać konkretnej osobie, która w nieskończoność decyduje o wszelkich dalszych użyciach. Muszę poczytać sobie tego Hugo, ale być może problem nie polega na tym, że słusznie oddzielił treść od nośnika, tylko na tym, że tę oddzieloną treść potraktował jakby ona nadal zachowywała się w istotnym stopniu _analogicznie_ jak fizyczne przedmioty.
no wlasnie problem polega na tym, ze mimo rozroznienia pojec wartosci materialnej/niematerialnej – tej drugiej nadal nadaje sie cechy charakterystyczne do tej pierwszej – traktujac je, probujac sprzedawac – wg. tych samych zasad.
problem ten – mimo ze dawno rozpoznany – nie widze by zostal w najblizszym czasie porzadnie rozwiazany gdziekolwiek…
Ja także uważam, że sprawa jest trudna do rozwiązania. Mój niepokój budzi więc brak chociaż żywej publicznej debaty na ten temat, bo bez tego nie ma co marzyć o rozwiązaniach.
Dlatego pewnie się wtrąciłem przy okazji dyskusji nad “piractwem” na uczelniach, bo uważam, że w tym i wielu innych miejscach trzeba przynajmniej głośno sformułować właściwy problem.
Tymczasem zbliża się na przykład nowela prawa autorskiego w Polsce i wygląda na to, że prawodawcy nie zdają sobie nawet sprawy jak głęboko sięga kłopot. Dla nich jest to kwestia techniczna: mocniejszego przyciśnięcia śruby, czyli faktycznie krok w tył – jeszcze dokładniejsze “uprzedmiotowienie” rzeczy niematerialnych.
dokladnie o to chodzi.
debaty nie ma – bo kto ma ja rozpoczac?
tak na prawde wydaje mi sie ze jedyna osoba ktora ma jakiekolwiek szanse przebicia sie w tej kwestii, do “glownych mediow”, do “szerszego kregu informacyjnego” to VaGla…
pytanie: jak mozemy go wspomoc, bo przeciez wiadomo ze sam niewiele zdziala…
Można go zapytać. Poza tym można spróbować uderzyć w tej sprawie do Edwina Bendyka (dziennikarz, więc ma lepszy dostęp do mediów).
Tzn. że użył do tego terminu własność? Tu już się bawimy w gierki semantyczne, a’la Stallman.
Co więcej, w tym tekście jest nawet rozróżnienie między ideą leżącą u podstaw utworu (który należy do całej ludzkości), a utworem (który jest własnością pisarza). I poruszana jest kwestia domeny publicznej. Moim zdaniem Hugo bardzo dobrze rozumiał cały problem.
Problem moim zdaniem polega na czym innym. W czasach Hugo problemem było piractwo KOMERCYJNE (dokonywane przez drukarnie). Legislacja którą postulował, skutecznie je wytępiłą. Tymczasem obecnie głównym problemem jest piractwo NIEKOMERCYJNE. Problem z nim polega na tym, że raz — jest trudne do wytępienia, dwa — w sumie nawet nie wiadomo, czy jest szkodliwe.
kocio, zamiast pisać długie polemiki nt. praw autorskich i własności, napiszę więc krótko: czy Twoim zdaniem nie mam prawa rozpowszechniać efektów mojej pracy (np. napisanego programu, czy książki) na takich zasadach, na jakich zechcę? Bo jeśli mam takie prawo, to mogę innym ludziom zabronić tego fajnego powielania i dzielenia się efektami mojej pracy.
Zresztą wcale bym się nie zdziwił, gdybyś mi tego prawa odmówił. Twoje wypowiedzi pozwalają mi wnioskować, że mamy w tym względzie odmienne poglądy. A że nie o poglądach mamy tutaj rozmawiać, to zakończę ten temat.
Dodam jeszcze tylko, że kradzieżą określałem zabranie komuś portfela bez jego zgody. Porównywałem to do piractwa wyłącznie w tym względzie, że obydwa te czyny są (moim zdaniem) naganne. Piractwo nie jest kradzieżą (nie następuje bezprawne przywłaszczenie sobie czyjegoś mienia), co uświadomił mi e-mail od michuka.
Nie, w żaden sposób jedno nie łączy się z drugim! Rozpowszechnianie efektów twojej pracy dotyczy tego, na jakich zasadach ja wchodzę w jej posiadanie. Od momentu wejścia nic ci do tego, co z nią zrobię – dana kopia należy do mnie i mam takie samo prawo decydowania, co chcę z nią zrobić, jak ty z oryginałem. Są tylko dwa ograniczenia, które z tych samych, moralnych przyczyn trzeba na to prawo nałożyć: 1) nie można podpisywać cudzej pracy swoim nazwiskiem, 2) nie można na cudzej pracy zarabiać.
@TPJ: o rany, te gorące głowy i polemiczny zapał…
Zdaję sobie sprawę, że sięgnąłem maksymalnie głęboko nakreślając zasadnicze różnice między rzeczami materialnymi a niematerialnymi. Ale sprawa jest skomplikowana, więc ani mi się śni wyciągać z tego prostackie wnioski. Na to jeszcze za wcześnie, na razie potrzebne jest rzetelne przedstawienie problemów do debaty. A póki co ona jest straszliwie płytka (głównie o pieniądze, choć nikt nie udowodnił jak się to ma do własności rzeczy niematerialnych) i w ogóle słabo się rozwija.
Uważam, że rzeczowa dyskusja nad takimi sprawami jak “piractwo” wymaga uświadomienia sobie gdzie leży źródło problemu. I że jest ono znacznie głębsze, niż tylko zwyczaje studentów czy uczelni, a nawet edukacja w ogóle.
I to jest ważne, a nie wydawanie werdyktu jakie ty masz prawa i jak daleko ono sięgają.
A więc co do diagnozy – pełna zgoda!
Tu niestety już nie ma zgodzy. Oczywiście, trudno byłoby wytoczyć proces asystentowi, który wymaga od studenta dostarczenia projektu wykonanego w drogim programie komercyjnym nie informując studentów, że na terenie Uczelni jest do ich dyspozycji odpowiednia pracownia, lub że program ten w wersji edukacyjnej można na Uczelni otrzymać nieodpłatnie.
Ale sam Pan później pisze o odpowiedzialności moralnej.
Ja na przykład poprawiam na czerwono studentom błędy ortograficzne. Nie obniżam za nie not – ale okazało się, że to działa i jak się to rozniosło błędy prawie znikły! Przecież praktycznie każdy edytor tekstu ma sprawdzanie poprawności pisowni, a więc da się! Czy to należy do moich obowiązków – na papierze nie, ale ja uważam, że zwracanie uwagi na takie sprawy jest obowiązkiem pracownika dydaktycznego. Mam starą polską wersję „SugarCRM” – w winietce logowania polscy programiści (chwała im za nieodpłatne przetłumaczenie!) umieścili słowo „urzytkownik” (proszę nie poprawiać!). Mam nadzieję, że moi absolwenci takich błędów nie będą popełniać.
Oczywiście, Uczelnia nie może odpowiadać za czyny studentów (do do tej jazdy „na gapę”), ale też nie powinna ich prowokować (a tak się w wielu przypadkach dzieje z piractwem oprogramowania).
Tu znów chyba zgoda – sam Pan pisze o „chowaniu głowy w piasek”. Powtórzę się, ale zaraz po moich zajęciach z informatyki był w zeszłym semestrze wykład z podstaw własności intelektualnej i prawa autorskiego… A po nim – zajęcia projektowe, na których wymagano dostępu do bardzo drogiego komercyjnego oprogramowania. Zadałam studentom kiedyś pytanie, skąd mają to oprogramowanie – odpowiedział mi gromki śmiech.
To już naprawdę pełne rozdwojenie jaźni. Uczelnia nie ma prawa uczyć relatywizmu (lub „falandyzacji”) – a wręcz odwrotnie powinna piętnować głośno takie zjawiska.
Ale program wypełniono i „odfajkowano” – wykład prawnika był!
Tu znów zgoda! Autor suwerennie decyduje, co robi ze swych dziełem i kropka. Jeśli ktoś tego nie uwzględnia to Autor ma prawo „dać mu po mordzie”. Ale to działa na obie strony – jak Autor domaga się zapłaty za korzystanie ze swego dzieła – to należy ją uiścić (albo nie korzystać z dzieła) – a jak Autor udostępnia program nieodpłatnie (np. na licencji GPL) to nie można tego programu zamknąć w programie komercyjnym nawet nie wspominając o jego autorstwie. A niestety takie sytuacje często się zdarzają!
Prawo autorskie nie przystaje do obecnej sytuacji – rodzi to zabawne interpretacje. Na przykład jeden z prawników zwrócił uwagę, że licencje komercyjne w większości zabraniają użyczania oprogramowania. A więc jeśli prowadzę prezentację np. w Urzędzie korzystając z komputera urzędu z MS Windows i PowerPointem (typowa sytuacja w epoce USB-czek) to naruszana jest licencja Microsoftu! Uśmiałem się, lecz sprawdziłem – ma rację! Można wysłać informację do BSA!
Jak widać w większości pryncypialnych spraw się w pełni zgadzamy. Różni nas podejście do roli pracowników dydaktycznych oraz Uczelnie jako takiej. Pańskie podejście jest dość typowe i dodam – w pełni go rozumiem, co nie znaczy, że popieram. Dlatego właśnie dałem podtytuł „Moja chata z kraja”.
No to gratuluję studentów. Kiedy ja zacząłem poprawiać błędy ortograficzne i zwracać uwagę na stylistykę i gramatykę (nie chodzi o to, żeby sprawozdanie było pisane pięknym językiem literackim, ale żeby było napisane w sposób schludny i zrozumiały), to usłyszałem tylko narzekania i jęki, że to przecież politechnika, że powinienem zwracać uwagę wyłącznie na wartość merytoryczną itp.. Dodam, że te moje uwagi nie miały wpływu na oceny.
Gratuluję również postawy wobec studentów. Właśnie tacy ludzie, jak Pan, zachęcili mnie do pójścia tą drogą w życiu! (Choć, jak Pan słusznie zauważył, mamy nieco inne zdanie nt. roli pracowników dydaktycznych czy samych uczelni.)
I są równie naganne (oraz nielegalne), jak piractwo komputerowe.
Nie jestem ekspertem w dziedzinie prawa, ale czy w tym przypadku wina nie leży po stronie samego Microsoftu (bo rozpowszechniają swoje oprogramowanie na takiej licencji)? Przecież samo prawo autorskie nikogo nie zmusza do wykorzystywania takiej właśnie licencji.
Bynajmniej. Ustawodawca scedował niejako część swych uprawnień na twórcę pozwalając mu ustanawiać prawo w zakresie używania jego produktów. Jeśli zatem licencja nie pozwala czegoś zrobić to winę ponosi użytkownik, który ją łamie a nie twórca, który ją ustanawia.
z tym, że autor tego artykułu nie ma racji… nie tyle okradani są programiści, co firmy które oprogramowanie rozprowadzają… programiści dostają z góry określone pensje…
a oprogramowanie takie jak np. CATIA (bardzo drogie), a z którego uczelnie korzystają, studenci zaś korzystają z pirackich wersji – warto się jednak zastanowić dlaczego tak się dzieje… co ciekawsze licencję edukacyjną można nabyć wyłącznie w USA i wyłącznie tam też z niej korzystać (bo takie są jej postanowienia) więc nawet gdybym bardzo chciał to nie mogę wejść w posiadanie legalnej wersji…
z pewnością znajdzie się cała masa innych programów, których po prostu brak u nas, a jednak są używane na uczelniach.
s/Z drugiej strony/Z drugiej strony bowiem
s/(o czym pośrednio autor) zarówno kwestia/(o czym pisze autor) kwestia
Na wykładzie (PP):
…i wiele innych podobnych kwiatków. Zawracanie Wisły kijkiem… “Studenci! Uświadamiajcie swoich profesorów!” Jasne – wiedzą o Open Source itp., lecz mają do niego często już “odpowiedni” stosunek. Choć jest wiele chlubnych wyjątków, dla przykładu paczcie co “wyguglałem”: prezentacja “Czy można żyć bez PowerPointa” za strony domowej profesora Ryszarda Tanasia z UAM’u.
Zmieńcie proszę “cztery godziny czasu” na “cztery godziny” (formularz zgłaszania błędów nie chciał działać, dlatego trafia to tutaj).
Hmm, problem opisany na forum: zgłoszenie zostaje wysłane, ale informacja o wysłaniu nie pokazuje się. Dwie kopie twojego zgłoszenia zostały rozesłane przez bota do redakcji/korektorów.
Rozumiem, ajax czasem płata figle. Mógłbyś poprawić ten błąd w tekście?
“It’s easier for our software to compete with Linux when there’s piracy than when there’s not.” -Bill Gates, Fortune Magazine, July 17 2007
Albo mnie się wydaje, albo autor pominął sytuacje jakie się trafiają na uczelniach (sam byłem takiej świadkiem), a mianowicie pracownika dydaktycznego, który wyraźnie mówi “nie powinienem tego robić, ale macie tu CD i sobie go skopiujcie”. Gdzie wtedy leży wina?
Ogólnie temat nie jest prosty.
A ja słyszałem – na moim roku (5 rok informatyki AGH) jeden z kolegów zwrócił się do prodziekana ds. studenckich żeby zareagował na sytuację gdy musimy korzystać z nielegalnego oprogramowania (kwestia ceny). Dziekan skłonił prowadzącego do zmiany wymaganego programu na taki gdzie była możliwość skorzystania z miesięcznej wersji testowej (a w miesiąc się spokojnie dało zrobić projekt).
Co do piractwa na politechnice poznańskiej to w akademikach PP nawet po nalocie działał serwer do wymiany pirackich plików.
http://di.com.pl/news/16581,Nalot_policji_na_akademiki_Politechniki_Poznanskiej.html
Rozmawiałem w tej sprawie z Rektorem PP (na serwerze były łamane także moje interesy, naruszenie mojego dobrego imieni, prezentowanie zdjęć i moich danych osobowych łącznie z prezentacją moich danych osobowychy). Rektor wezwał administratora sieci Tomasza K. który oświadczył ze piractwo i wymienione rzeczy są dokonywane za jego wiedzą i nadzorem. Serwer oczywiście działał jakby nigdy nic do końca roku. Uważam to za skandaliczne że za wiedzą rektora działa piracki serwer dzień po akcji policji.
Oczywiście złożyłem to też na piśmie w dwóch wersjach w rektoracie PP.
Pozdrawiam
Mojego qmpla w jednej z poznańskich uczelni zrobili tak: dali mu bezpłatny dostęp do Internetu, dali bezpłatny dostęp do wewnętrznego serwera z setkami filmów, które ktoś tak powrzucał. Kumpel ucieszył się. Ściągnął kilka i zonk… Któregoś pięknego dnia o 6 rano zapukała do niego policja z nakazem prokuratora…
Z tego co mi wiadomo to nalot w pp był łącznie na 6 osób. Z tego 4 to byli administratorzy serwera (to ten twój wewnętrzny serwer), a dwie to osoby które sciągały z torentów nowości i udostępniały je za pośrednictwem serwera.
Serwer stał na komputerze studenta, który sam z tego komputera udostępniał 650GB pirackich filmów/danych do tego dochodziło jakieś 1400 osób które udostępniały resztę, łacznie tego było z 14Terabajtów.
Wiec twój kumpel opowiada Ci głupoty.
Wszyscy piszą że piractwo jest złe, niemoralne i to grzech śmiertelny, co oczywiście jest prawdą, ale nie do końca. Weźcie pod uwagę to, że student używając pirackiego programu, przyzwyczaja się do niego i w przyszłości będzie go używał w pracy zawodowej. Firmy softwareowe dobrze o tym wiedzą. A co by było gdyby zamiast jakiegoś programu używał darmowego odpowiednika? Wtedy jeżeli nikt nie wymusiłby na nim używanie komercyjnego programu to używałby go nadal w przyszłości. Jakiś czas temu bodajrze Microsoft powiedział że jeżeli macie piracić to piraćcie nasze programy. I rezultaty widać.
Dlatego jezeli odrzucimy wszelkie kwestie moralne to taki rodzaj piractwa dla producentow nie jest taki zly.
Skoro jakaś uczelnia kształci programistów to nie może ich uczyć braku poszanowania dla pracy innych programistów. Jeżeli kształci prawników to nie może uczyć ich łamania prawa. I tak dalej.
Zgadza się ale nadal mówisz o kwestiach etycznych. Kwestie ekonomiczne sa inne.
W dużym skrócie tak zrozumiałem ten tekst (sarkazm zamierzony):
Pracownicy dydaktyczni dzielą się na:
- Tchórzy “chowających głowę w piasek”.
- Ignorantów, którzy nie zastanawiają się jak to jest, że studentów stać na oprogramowanie warte kilka tysięcy za pensję 10zł/h.
- Dysfunkcyjnych, którzy chcieliby coś zrobić, ale dla nich komputer to Windows, a procesor tekstu to Word. Błąkając się po uczelni nie znaleźli ani jednej kompetentnej osoby, której mogliby zadać pytanie “czy istnieją inne tańsze programy?”. Potrafią być ekspertami w jakiejś dziedzinie związanej z informatyką, ale Google ich przerasta.
Z resztą jak ktoś jest biedny to gdzie się na uczelnię pcha? Powszechnie wiadomo że jak już kogoś stać na bilet miesięczny komunikacji miejskiej to zakup Mathcada powinien być drobnostką.
Pracownicy techniczni są tak zapracowani, że nie mają nawet czasu zainstalować komuś OpenOffice.
Władze i studenci
Władze uczelni niczym się same nie zainteresują – wszystko trzeba palcem pokazać.
Studenci po zapoznaniu się ze stanowiskiem laboratoryjnym powinni poszukać alternatywnego oprogramowania do tego którego mają się dopiero nauczyć. Następnie sprawdzić je pod kątem przydatności do ćwiczeń, które mają wykonać z przedmiotu, który dopiero poznają poprzez te właśnie ćwiczenia. Następnie zaproponować wykładowcy żeby dostosował stanowiska do nowego oprogramowania i napisał nowy skrypt bo oni nie chcą korzystać z nielegalnego oprogramowania tak jak ich koledzy.
Problem piractwa w ogólności
Piractwo na uczelni nie jest problemem bo stanowi część innego większego problemu.
Problem jest z “zakupem”, a nie “zdobyciem”, które to najczęściej wiąże się “kradzieżą własności intelektualnej” i jest niezgodne z prawem.
Racja problem jest z zakupem. Jestem Informatykiem o specjalności Komputerowe wspomaganie projektowania i pisałem na pracę magisterską specjalistyczny program skryptowy wykonywany w AutoCADzie. Program pisałem prawie 6 miesięcy na pełnej wersji nielegalnego ACADa, ponieważ ANI MNIE ANI NIKOGO nie było stać na jego zakup i NIE MA tu zamienników – specjalista od ACADa ma być specjalistą od ACADa!
Teraz na szczęśćie pracuję w firmie, którą stać na to oprogramowanie, więc sam nie posiadam piratów, ale żeby zakończyć studia, każdy na uczelni musiał mieć do dyspozycji w domu ACADa. Uczelnia, a tak, udostępniała bez problemów stanowiska z oprogramowaniem, tylko że ciężko spać i jeść na uczelni…
Cieszę się że nie jestem studentem, po przeczytaniu artykułu i komentarzy można dojść do wniosku że lepiej pójść się zakopać w ogródku niż studiować. W sumie gdyby być legalnym, praworządnym itp. … to by trzeba bank okraść (lub spiracić).
PS. nie tylko na uczelniach wyższych
Nieprawda – pracuję w szkole (matematyk, szkoła średnia). Od paru lat wyłącznie na Linuxie – do pracy nawet latex to za dużo, w zupełności wystarczy mi math w OO. Powiem, że w MS Office wtyczka Equestion czy jak ona tam się nazywała jest krańcowo niewygodna. Nie trzeba piracić – wystarczy pomyśleć: raz nad wyborem systemu – oczywiście wolne oprogramowanie, dwa nad wyborem sprzętu – żeby działał pod Linuxem – no i nie mam problemów tylko satysfakcję. Dodam, że za własne, naprawdę ciężko zarobione pieniądze przed laty kupiłem Windows Milenium (na MS Office,a nie starczyło na szczęście) do pracy – kto nie wie, czym było Milenium, niech przyjmie do wiadomości, że pewna poważna firma nabiła w butelkę i zakorkowała tysiące naiwnych uczciwych ludzi. Nigdy więcej moich pieniędzy dla takich firm – tyle się nauczyłem. I dobrze by było by inni – mp. producenci programów użytkowych zrozumieli, że taką lekcję przerobi coraz więcej osób i wyciągnie logiczne wnioski.
matematyk, który nie wie, jak brzmi słowo “równanie” po angielsku, ciekawe