W zamówieniu publicznym ogłoszonym przez Uniwersytet w Białymstoku naruszono przepisy Prawa Zamówień Publicznych.
Sprawa dotyczy zamówienia na „Dostawę sprzętu komputerowego wraz z jego uruchomieniem dla jednostek Uniwersytetu w Białymstoku (przetarg III).” Ogłoszenie o przetargu zostało opublikowane w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej w dniu 29 listopada 2011 r. (TED.378797-2012, nr ref. Dzp-60/D/2012). Szacowana wartość przetargu wynosi ponad 300 tysięcy złotych brutto. Termin składania ofert ustalono na 11.01.2013 r. Dokumentacja przetargowa dostępna jest na stronie internetowej Uniwersytetu w Białymstoku.
W trakcie analizy Specyfikacji Istotnych Warunków Zamówienia tego postępowania szczególną uwagę w oczach Ekspertów Fundacji Wolnego i Otwartego Oprogramowania zwróciło umieszczenie nazw własnych określonych produktów, tj.: systemów operacyjnych Microsoft Windows, pakietów oprogramowania biurowego Microsoft Office, kart graficznnych AMD Readon, Tunerów TV My Cinema, procesorów i kart graficznych firmy Intel, komputerów marki Asus, pamięci przenośnych Kingston czy programów graficznych Corel oraz Adobe CS6. Jednak w tym miejscu warto zaznaczyć, że użycie nazw własnych w Opisie Przedmiotu Zamówienia (OPZ) pozostaje w sprzeczności z obowiązującymi przepisami Prawa Zamówień Publicznych (PZP). Zamawiający nie może bowiem opisywać przedmiotu zamówienia w sposób który faworyzowałby konkretne produkty od konkretnych producentów tj. posługiwać się przy tworzeniu OPZ znakami towarowymi. Co ciekawe Zamawiający zdaje się być świadomy możliwości naruszania przepisów PZP w przypadku posługiwania się nazwami własnymi, w związku z czym umieścił zapis w dokumentacji, który jego zdaniem ma wyjść naprzeciw ewentualnym zarzutom o naruszanie przepisów, o treści: „Przez użycie w opisie przedmiotu zamówienia symboli lub nazw wlasnych należy rozumieć, iż Zamawiający dopuszcza zlożenie oferty równoważnej o parametrach i właściwościach takich samych bądź lepszych niż określono w SIWZ. (…) Zgodnie z art. 30 ust. 5 Pzp, Wykonawca, który powołuje się na rozwiązania równoważne opisywanym przez Zmawiającego jest obowiązany wykazać, że oferowane przez niego dostawy spełniają wymagania określone przez Zamawiającego.” Problem jednak w tym, że Zamawiający nie określił żadnych warunków równoważności dla wskazanych z nazwy produktów (co jest warunkiem stosowania znaków towarowych w OPZ!), co w opinii Ekspertów narusza zostały przepisy PZP.
W związku z powyższym w dniu 11 grudnia br. Fundacja Wolnego i Otwartego Oprogramowania wystosowała do Zamawiającego pismo interwencyjne (można się z nim zapoznać tutaj) z wnioskiem o sanację postępowania i dostosowanie OPZ do obowiązujących przepisów PZP. W piśmie wskazano, że w rozpisanym przetargu występują nieprawidłowości w postaci niewłaściwego opisania przedmiotu zamówienia w opublikowanym ogłoszeniu i SIWZ (naruszenie art. 29 ust. 2 i 3 PZP oraz art. 30 PZP) oraz nie zapewnienia zachowania uczciwej konkurencji oraz równego traktowania wykonawców (naruszenie art. 7 ust. 1 PZP). Podkreślono również, iż na rynku istnieje szereg różnych producentów oprogramowania i sprzętu IT, stąd nie ma uzasadnionej potrzeby na wskazywanie z nazwy konkretnych produktów od konkretnego producenta. Zamawiający został także poinformowany, iż Urząd Zamówień Publicznych biorąc pod uwagę specyfikę produktów jakimi są systemy operacyjne oraz pakiety biurowe (tj. skomplikowany opis techniczny), przygotował dla Zamawiających „Rekomendacje dotyczące udzielania zamówień na dostawę zestawów komputerowych”, (UZP, Warszawa 2012 r.), które mogą posłużyć jako wzorzec do wypracowania optymalnego i zgodnego z przepisami PZP opisu przedmiotu zamówienia. Gdy tylko Zamawiający ustosunkuje się do przedstawionych wątpliwości niezwłocznie o tym poinformujemy.


Zgodzę się że wyszczególnienie producenta procesora czy pamięci to coś złego. Ale Corel? Photoshop? Te programy to w jakimś sensie standard jeżeli chodzi o grafikę komputerową. Ten soft jest wykorzystywany w firmach, to oznacza, że trzeba go uczyć.
Tak samo jeżeli chodzi np. o Visual Studio, firmy tego używają, kodzą w C# to oznacza, że powinno się uczyć tego softu.
Chociaż z drugiej strony, może lepiej uczyć tylko open source, a potem płakać, że uczelnia nie uczy rzeczy potrzebnych w pracy…
te programy to standard w firmach->trzeba uczyć->te programy to standard na uczelniach->trzeba ich używać
z czałym szacunkiem, ide jest do bólu, programów graficznych (rastrowych i wektorowych) jest do bólu, a prawo jest po to aby go przestrzegać (a co jakbym napisał swój program do tworzenia/edycji grafiki wektorowej, jak mam sprawdzić, że odpowiada wymaganiom? mam kupić program konkurencji i porównywać funkcjonalność? powinni wylistować co ich interesuje i niech każdy ma szanse w przetargu)
pracodawca wymaga umiejętności posługiwania się konkretnymi programami
uczenie GIM-a jest stratą czasu na obecnym rynku pracy, tak samo jak nauka obsługi OO
Hmm, zgodnie z tym rozumowaniem, powinniśmy wymagać na kursach nauki jazdy stosowania samochodów konkretnych producentów. Przecież nie można się nauczyć jazdy samochodem, można umieć prowadzić tylko konkretne marki Fiata albo Forda …
Umiejętność przetwarzania grafiki, składu tekstu czy programowania jest niezależna od konkretnych rozwiązań softwerowych. Przepraszam za ostatni truizm.
No super, to naucz się C# w najnowszej wersji za pomocą opensource. Powodzenia. 🙂
C# to bubel, po co się tego uczyć? Równie dobrze mogę ci powiedzieć, żebyś nauczył się robić na drutach albo polować z dzidą.
Nie bardzo kumam po co uniwersytet w ogóle miałby nauczać programowania na przykładzie C#. O ile wiem, to nie ma w nim żadnych mechanizmów, których nie byłoby w innych językach do których są narzędzia OpenSource (C, C++, Java, Scala, Haskell, Scheme).
Po co uczyć się powolnego i bublowatego języka dla amatorów zatrudnianych masami do wyrobnictwa kodu? Bez znaczenia czy na opensourcowych narzędziach (Mono) czy nie.
mo|na uczy si Javy, jest wolniej i mniej bezpiecznie
Nie ma czegoś takiego jak AMD Readon.
Jest, sam mam taką kartę w netbooku 🙂
Kurde, dałem się wrobić, racja, nie ma czegoś takiego jak AMD Readon.
Btw: Zdognie z nanjwoymszi baniadmai perzporawdzomyni na bytyrijskch uweniretasytch nie ma zenacznia kojnoleść ltier przy zpiasie dengao sołwa. Newajżanszjie jest to, żbey prieszwa i otatsnia lteria byla na siwom mijsecu, ptzosałoe mgoą być w niaedziłe i w dszalym cąigu nie pwinono to sawrztać polbemórw ze zozumierniem tksetu. Dzijee sie tak datgelo, że nie czamyty wyszistkch lteir w sołwie, ale cłae sołwa od razu.
google("radeon")
2 link: http://www.amd.com/pl/products/desktop/graphics/a…
"Karty graficzne AMD Radeon™ HD 6970"
Dałeś się złapać :-).
Mam lepszy pomysl sam sobie wpakuj kulke miedzy oczy
Przykład:
Mam sobie program działający na serwerowym shellu, z X'ami.
Pod Windowsem: Instaluję komercyjny XWinpro, włączam, zapominam, włączam Putty, zaznaczam forwarding X11, uruchamiam program. Działa.
Pod Linuksem, czyli pod X'ami jako głównym środowiskiem pracy: NIE DZIAŁA. Pomimo zainstalowania wszystkich wymaganych czcionek, nagle pojawia się wymaganie: przestaw system do 256 kolorów. A w 256 kolorach nawala GUI.
Pod Cygwinem: NIE DZIAŁA. Nie da się w ogóle XServera uruchomić, błąd nie występuje nawet jak szukamy go w Googlach.
Z czym do użytkowników? I potem się dziwicie, że pomijają otwarty soft. Pomijają, bo jest tworzony dla programistów, a nie użytkowników. A jak już coś się rozwinie na tyle, że jest na dobrej drodze, by mógł to obsługiwać zwykły użytkownik, jest szybciutko porzucane i tworzy się nowego potworka. Całe szczęście są forki starszych wersji np. niektórych środowisk graficznych (MATE, Trinity).
..może powodem jest, że XWinpro słabo działa pod Wine.. 🙂 Ja używam NX (też komercyjny, choć otwarty) i hula w porządku nawet przy słabym łączu. Pozdr.
PS. X11 forwarding – to jeszcze działa??
Forwarding działa, działa, nawet jest wymagany do takich aplikacji. Poza tym nie używałem XWinPro pod Linuksem, przecież tam X'y są już w systemie i można jednym parametrem ssh przekierować okienka z serwera na komputer… w każdym razie tak mówi instrukcja, bo w praktyce najpierw rzuca się o czcionki, potem o 256 kolorów.
Problem dość typowy. Łatwo go jednak usunąć wymieniając moduł między klawiaturą a krzesłem.
Pod wszystkimi newsami o interwencjach przetargowych zawsze te same posty:
– ale x (tutaj wstaw: Windows, Photoschop, Corel, AutoCAD, Visual) to standard
– ale OpenSource nie działa.
To drodzy panowie (ewentualnie panie) nie ma żadnego znaczenia. Prawo tego zabrania i to prawo trzeba stosować. Jeśli uważacie, że prawo jest złe, to należy dążyć do jego zmiany. Choć demokracja to system ułomny, istnieją możliwości wpływu obywateli na zmianę prawa (choć wymaga to więcej pracy niż puszczenie komentarza).
Natomiast znając jakoś sytuację polskich uczelni (sam pracuję na jednej) dobrze wiem, że wybiera się oprogramowanie x, bo zgodnie z powszechną opinią ono jest najlepsze. Dlatego np. mamy monokulturę Corela, podczas gdy np. na Wyspach dominuje Ilustrator, a do 95% uczelnianych zastosowań wystarczyłby z powodzeniem Inkscape.
Pamiętam jak na mojej uczelni za grubą kasę kupili ArcGIS, podczas gdy dokładnie te same rzeczy, czyli bardzo proste analizy przestrzenne, georeferencja prościutkich ratstrów (Helmert) i tworzenie warstw shp z tabelą można z powodzeniem wykonać w opensource'owym QuantumGIS lub gvSIG. Tylko nikt nie słuchał mojego marudzenia. W końcu takie programy są "nieprofesjonalne".
A co do argumentu o pracodawcach wymagających oprogramowania x: osoba, która jest biegła w Inkscape szybciutko opanuje inne programy do wektorów. Grunt, że pozna zasadę pracy na krzywych, warstwy etc. Rzeczywista znajomość oprogramowania GIS pozwoli na operowanie niemal dowolnym oprogramowaniem (chociaż najbardziej pokręcony to opensource'owy GRASS). Kwestia opanowania interfejsu.
O aplikacjach programistycznych się nie wypowiadam, bo się nie znam.
"A na co Matlab? Przecież to samo można napisać w C++, tylko troszkę trzeba pogłówkować" – niestety coraz częściej typowe podejście zbyt gorliwych orędowników OS.
Nie piszę, że wszystko nie działa. Piszę, że nie działa out-of-the-box. A to jest bardzo ważne dla użytkownika.
Przykładowo GIMP to mocna strona oprogramowania Open Source, ale jeżeli chcesz z niego szybko korzystać, lepiej od razu dokupić klawiaturę akordową i oprogramować ją. W innym przypadku trzeba łazić zygzakami GUI.
P.S. Przyszło mi jeszcze do głowy: Na co preprocesor? Przecież konstrukcję można wprowadzić w postaci wektorów "Z palca" w edytorze tekstu, warunki brzegowe, materiały i złożenie też. Na co postprocesor? Przecież są liczby i można je ręcznie nanieść na szkic na rajzbrecie. No niestety dlatego właśnie wiele firm nie lubi Open Source: Mało edytorów WYSIWYG, dużo narzędzi dla programistów. Narzędzi niezłych, ale wciąż dla programistów.
Wszystkie profesjonalne zadania na pseudo-zajęcia na niby-politechnice wymagające użycia Matlaba robiłem w GNU Octave. Tak jak Gunther wyżej napisał: na uczelniach wiedza przekazywana studentom jest tak szczątkowa, że równie dobrze mogą rysować w paincie i liczyć w octave, szkicować qcadem czy czymś podobnym – i tak gówno będą umieli 🙂
Zależy na jakich uczelniach. Ja uczyłem się na dość specjalizowanym sofcie do modelowania MES, który chodził na uniksowych maszynach. Tutaj raczej nie ma alternatyw.
Do różniczek używałem Derive (który działał na PDA) i Maximy (na laptopie), więc mam pogląd na dwa podobne programy CAS: Jeden otwarty, jeden zamknięty. Jako programista obeznany dodatkowo w starych komputerach typu mainframe zrozumiałem tryb konwersacyjny Maksimy, ale Derive miał rozwiązana zrozumiałe od razu dla matematyka, a nie tylko programisty.
Derive to zabawka.
Owszem, pozwala fajnie i prosto liczyć rzeczy na poziomie liceum czy studiów, ale nic ponad to.
Obliczeń z prawdziwego zdarzenia przydatnych do realnej pracy naukowej ci nie wykona.
Pomijam już, że Derive jest jakieś 100x wolniejszy od konkurencji, więc jak liczysz sobie proste pierdółki to ci nie robi różnicy czy zajmie to 1 sekundę czy 0.01s. Ale jak obliczenia trwają dni, to Derive można od razu odinstalować.
Potwierdzam, Derive na 8MHz PDA jest wolniejszy niż Maxima na 2GHz laptopie. Różnicą jest jednak jeszcze to, że Derive mam dla siebie, a z Maksimy na moim komputerze mogą po uruchomieniu korzystać wszyscy, którzy znają mój IP – ostatnio to zauważyłem, taka nowa opcja.
Ale z perspektywy użytkownika: Z Derive mogę bez uczenia się poleceń korzystać, polecenia, choć dość toporne, są gotowe do użycia i zawsze wiadomo co można i jak. Maxima wymaga zapoznania się z obcojęzyczną, szczątkową dokumentacją, która matematykowi daje niezbyt potrzebne akurat do obliczenia programowanie.
Ucząc się takiego programowania, to już nie lepiej od razu Fortrana?
"Tutaj raczej nie ma alternatyw". Odbiegasz od tematu. Mowa była o programach, które *mają* alternatywy. Bardzo często jest tak (na mojej uczelni było tak na większości przedmiotów), że do bezsensownych bzdur używano naprawdę drogich aplikacji, przy czym większość pracy trzeba było i tak zrobić w domu. Przykłady:
– wykresy z jakimś bzdurnymi trendami i innymi uśrednieniami – oczywiście MS Excel
– zakreskowane kwadraty i przerywane linie – Autocad oczywiście
– oświetlona kula stojąca na zielonym kwadracie – 3D Studio Max
W zestawieniu brakuje mi tylko jakiegoś profesjonalnego programu do edycji ścieżek dźwiękowych (Audio Studio Max :P) i zadania w stylu "Nagraj kota w tle z ulubioną piosenką mamy".
Abstrahując od przydatności powyższych aplikacji w nauczaniu informatyki pytam:
– dlaczego wywalamy publiczne pieniądze (niemałe) na takie bzdury?
– skąd student ma wziąć pieniądze na 3DS Max albo Autocada i po co ma to kupować, skoro będzie mu to potrzebne do narysowania 3 kwadratów?
Ale tu rozbijamy się przecież dodatkowo o betonową tradycję niby-kształcenia akademickiego w Polsce.
A w praktyce wychodzi i tak, że programista-samouk jest wart więcej, niż 5 absolwentów z dyplomami polibudy. Przynajmniej nie marnował czasu.
U mnie na studiach było dość luźno jeżeli chodzi o programy. Generalnie co dało się otworzyć, to było OK.
Standardem dokumentu nie-edytowalnego był PDF, edytowalnego były stosunkowo dowolne – począwszy od Worda, przez Open, na TeX skończywszy. Raz ktoś zażyczył sobie DOCa, to dla jaj wysłałem mu HP-DOCa i – co najlepsze – ten ktoś to odczytał i poprawił!. Z ciekawości, czy poza dawnym serwisem CompuServe jest jeszcze gdzieś w sieci specyfikacja HPDOCa?
Co do wykresu… Ja preferuję akurat Excela, ale tylko do tych bardziej złożonych spraw. Po prostu jak się robi coś zaawansowanego w OO/LO, to okazuje się, że łatwiej nauczyć się C++ i oprogramować wywołanie GNUPlota z litanią parametrów niż np. wykonać wizualizację na wykresach z czasem.
AutoCAD… bawiłem się w tym raz, kiedy musiałem zaprojektować coś z wyciągnięciem. W innych przypadkach używałem darmowego DSIC z 1999 roku, jest to chyba najlepszy darmowy, choć nie otwarty CAD z podstawowymi możliwościami inżynierskimi. Interfejs przypomina trochę AutoCADa 10. Prowadzącemu wystarczyło wysłać maszynę wirtualną z Calderą OpenDOSem, sterownikiem VBE i CADem, i nie było problemów. Generalnie różne CADy ludzie stosowali. Na grafice inżynierskiej poznawaliśmy chyba 4 tego rodzaju programy.
3D Studio? U mnie na uczelni do modeli używało się Blendera lub D2…
Był przedmiot, na którym robiło się coś z dźwiękiem (także kompresją i obróbką dźwięku), stosowało się do tego różne programy, zalecanym był Audacity, gdyż był na komputerach.
Mieliśmy również kurs programu Statistica i ogólny przegląd narzędzi tego typu, ale później projekty robiło się w czym się chciało – bo wybór odpowiedniego narzędzia był postrzegany jako część inżynierskiego myślenia. Jeden nawet napisał się modlitw do GNU R, i coś mu z tego po miesiącu prób wyszło.
Więc nie było ścisłego przywiązania do konkretnych programów.
No fakt, może przesadziłem. Ale żeby nie było – moje przesadzanie jest podparte ośmioma latami na wydziale, na którym chaos jest tak namacalny, że niemal spływa po schodach budynku. I żeby nie było – ośmioma tylko dlatego, że na pierwszym semestrze już wiedziałem, że marnuję czas i po prostu skupiłem się na karierze zawodowej. Niestety, na mojej Alma Mater 3 wydziały prowadzą informatykę i na żadnym nie wygląda to dobrze – wszędzie jest tak, jak napisałem wyżej. Warto tu wymienić z nazwy, żeby się ktoś przypadkiem nie wybrał: Polibuda Łódzka, wydział elektryczny. A co do Twoich doświadczeń – szczerze zazdroszczę.
Jak upadł? Działa nadal? Działa. To nie upadł. Ewentualnie "podupadł", ale to jednak nie to samo.
Bicie piany. Dodajmy bezsensowne bicie piany. To są produkty technologiczne – nie papier toaletowy, nie długopis, etc. – tylko produkt zaawansowany technologicznie. Wiem co chcę kupić więc to nazywam. Tworzenie fikcji typu opiszmy cechy produktu ale nie wymieniajmy jego nazwy kończy się:
1. Tylko zaprzyjaźniona firma wie co tak naprawdę kupujący chce kupić i tylko on złoży ofertę która nie zostanie odrzucona – dodajmy marża będzie odpowiednio wysoka.
2. Nikt nie wie co kupujący chciał kupić i żadna oferta nie zostanie wybrana.
3. Nikt nie wie co kupujący chciał kupić ale coś – bo zamawiający nie dopilnował dostatecznie opisu – pasuje i musi być zakupione chociaż jest niechciane. Ląduje potem na półce i zalega zbierając kurz – widziałem miliony utopione w taki niechciany sprzęt i software.
I tak dalej. Jak chcę Intela i5 2500k to moja decyzja i wara komuś od tego. Jak zastąpi mnie na stanowisku to wtedy może decydować czego mam używać i kupować sobie AMD. Dopóki ja odpowiadam za administrowanie podległym mi sprzętem to jest to wyłącznie moja decyzja co kupuję. A mogę się z niej tłumaczyć co najwyżej przełożonym.
Dopóki wydajesz na to cudze pieniądze pracując w instytucji publicznej dopóty masz mieć na uwadze interes państwa, a nie swoje widzimisię "chcę Intela i5". Nie podoba się – idź do korpo. Tam będziesz miał na pewno większy wpływ na to na czym pracujesz 😉
I w interesie państwa jest by zakup był racjonalny tj. odpowiadał potrzebom zamawiającego. Inaczej rzeczywiście sprzęt lub oprogramowanie pójdą na półkę a za miesiąc pojawi się kolejny przetarg "może tym razem dostaniemy to co chcieliśmy". Rzecz w tym że to właśnie biednego nie stać na zabawy i eksperymenty tymczasem przetargi w tym kraju to istny raj dla wszelkiej maści oszustów i naciągaczy bo "chińczyk" na wszystko da papier i chińczyk gotów za $$$ potwierdzić że Ubuntu jest równoważny a nawet lepszy niż Windows Server. I tak się ogłasza przetarg za przetargiem a magazyny puchną w szwach od nietrafionych zakupów.
Wiesz, w drugą stronę to też działa. Kupujesz oprogramowanie Microsoftu, do niego oprogramowanie, które działa tylko na oprogramowaniu Microsoftu, bo firma która je wyprodukowała, ma z Microsoftem podpisaną umowę, że dostaną taniej licencje, jeżeli skorzystają z oferty Microsoftu. I właściwie stajesz się od Microsoftu uzależniony. Problem nie polega na tym, że urząd ma jakieś oprogramowanie działające na określonym systemie, problem polega na tym, że urząd nie ma alternatywy i co gorsza, nie chce tej alternatywy widzieć. Nawet jeżeli w dłuższej perspektywie wyszłoby taniej, to pamiętaj, że średnio co cztery lata w Polsce następuje wymiana urzędników od samej góry zaczynając. Po co urzędnik ma chcieć, żeby było lepiej i taniej, gdzie w najlepszym przypadku, po kolejnych wyborach istnieje ryzyko, że może zostać wymieniony na innego "prawomyślnego" urzędnika. Po siać wiatr, jak przez cztery lata można w spokoju siedzieć na państwowym stołku. No po co? Zwłaszcza, że są to pieniądze publiczne, więc co go obchodzi, że gdy zostaną wydane to kokosy zarobi jakaś amerykańska korporacja, co go obchodzi, że pieniądze mogłyby zostać w Unii a może nawet w kraju? A już zwłaszcza, nie będzie się podkładał, gdy amerykańska korporacja wydała kupę kapuchy na lobbying u szefów w zamian oczekując konkretnych rezultatów w działaniach administracji. No i po co kłopoty? A ci mu tyłek trują i psują samozadowolenie wynajdywaniem nieprawidłowości w przetargach publicznych.
Po pierwsze, gdzie się wymienia wszystkich urzędników co 4 lata? Zmieniają się osoby na odpowiednio płatnych, wyższych stanowiskach. Na dole machiny większość "trybików" nie jest wymieniana z klucza politycznego, bo dla kolesiostwa za niskie zarobki. Gdyby urzędy działały jak firmy prywatne, to by się opłacało oszczędzać… jeśli każdy by wiedział, że za wdrożenie pomysłów oszczędnościowych kawałek zaoszczędzonego tortu dostanie w formie nagrody, dodatku, czy czegoś podobnego… Teraz zaoszczędzone pieniądze przepadają – wciąga je amba pod tytułem "góra" i później ta góra, która wcześniej nie wyraża zgody na przesunięcia między paragrafami, pożytkuje te pieniądze, a jednostka podległa dostaje na następny rok mniej pieniędzy. Dopóki się zasady nie zmienią, nic się nie zmieni, bo nikt nie ma w tym interesu.
A kto decyduje o przetargach w urzędach? Przecież nie Pani z okienka :). Chciałbym też zauważyć, że pieniądze, które są trwonione w urzędach, są pieniędzmi, które jesteś zobowiązany odprowadzić do kasy państwa między innymi w formie podatków. My mamy obowiązek dotować państwo pieniędzmi zarobionymi dzięki własnej pracy, urzędnicy powinni mieć obowiązek racjonalnie tymi pieniędzmi zarządzać. Pańskie oko konia tuczy, powinniśmy urzędnikom ufać ale też bacznie się przyglądać ich działaniom i interweniować w takich jak ten przypadkach. Niestety w Polsce nadal pokutuje przekonanie, że to petent jest dla urzędnika a nie odwrotnie. Mam nadzieję, że między innymi dzięki takim interwencjom to się zacznie w końcu zmieniać.
cyt. "To są produkty technologiczne – nie papier toaletowy, nie długopis, etc. – tylko produkt zaawansowany technologicznie."
Dla Pańci z biura każdy pretekst, by nie pracować jest dobry. Jeżeli nie ten, że jest nieco inne oprogramowanie (np. OO zamiast MSO) to ten, że MSO jest w nie tej wersji, który ona umie. Z moich obserwacji wynika jednak, że jeżeli uźytkownik wybrzydza, to najprawdopodobniej nic nie umie i znajduje sobie pretekst, żeby nie pracować. Jeżeli nie będzie Pańcia umiała nic napisać długopisem BIC, to Watermanem najprawdopodobniej też nic nie napisze.
Przez uogólnienie sprowadzić do absurdu. Piątka za opanowanie zasad erystyki. Niestety pała za brak – celowy lub umyślny – zrozumienia. Ale może zadam takie pytanie – czy procesor Intela jest równoważny procesorowi AMD? Powiedzmy o tej samej liczbie rdzeni i taktowaniu żeby nie było że którym ma coś mniej a któryś więcej? No i 99% zakrzynie "głupie pytanie, no są równoważne". I w dużej mierze w zastosowaniach biurowych czy nawet w grach rzeczywiście będą mieli rację. Ale tak się składa że są jeszcze na tym świecie aplikacje (tudzież kompilatory które te aplikacje generują) które "nie lubią" się z AMD i działają poprawnie tylko na Intelach. Przykładem kompilator Clariona (no tak, ciekawe ilu z tu obecnych o takim słyszało). A tak się składa że w pewnych niszach bardzo popularne środowisko do tworzenia aplikacji bazodanowych. I dam sobie rękę uciąć że gdyby w specyfikacji CPU wpisano że ma poprawnie wykorzystywać wszystkie rdzenie w aplikacjach pisanych w Clarionie to 99% handlowców uznałoby że spokojnie można dać CPU by AMD. A nie można bo na AMD aplikacje kompilowane w Clarionie nie działają. Tudzież dają się uruchomić tylko pod warunkiem że wcześniej odpali się mały programik wyłączający pozostałe rdzenie tegożCPU by AMD. Ot taki zonk. Ale ustawa nie pozwala napisać że ma być CPU by Intel i to jest właśnie absurd że prawnik wie lepiej niż inżynier czego ten drugi potrzebuje.
To, że wcześniej wpadliście w łapy jakiegoś Clariona, również jest waszą i tylko waszą winą. Ale pewnie też "ja chciałem Clariona". Cóż. Tylko pogratulować dalekowzroczności 🙂
Nie masz pojęcia o czym piszesz to nie pisz.
przecie można napisać , że procek wykorzystujący w pełni Clariona a nie Intel ( abstrahując od sytuacji , że obecnie tylko intel go "lubi" )
Czy w przetargu z artykułu mamy taką sytuacje, czy też piszesz trzy po trzy próbując odwrócić kota ogonem? Prawo przetargowe ma w założeniu powodować unikania wyboru jedynie słusznej firmy, niezależnie od tego jak się ona nazywa.
Od razu rozstrzalać, nie lepije gacie publicznie ściągnąć?
A co jakbyś trafił na ekshibicjonistę? Kara byłaby wtedy nagrodą 🙂
Mądry człowiek, jak nie ma nic do powiedzenia, to milczy…
Wow – to juz mamy odpowiedz na pytanie dlaczego tyle gadasz.
Devil
Dyskryminujesz go za poglądy 🙁