Amerykańskie lotnictwo ponownie stawia na bezzałogowce, ale tym razem nie chodzi o klasyczne drony bojowe. Siły Powietrzne USA chcą maszyn tanich, jednorazowych i na tyle realistycznych, by mogły udawać zarówno małe komercyjne platformy, jak i zaawansowane myśliwce stealth. Powód jest prosty: współczesne testy uzbrojenia i obrony przeciwlotniczej wymagają celów, które naprawdę przypominają zagrożenia z prawdziwego pola walki.
Dron, który ma udawać coś więcej niż drona
Nowa koncepcja zakłada powstanie całej rodziny celów powietrznych, obejmującej praktycznie pełne spektrum współczesnych zagrożeń. Na jednym końcu znajdują się niewielkie konstrukcje przypominające hobbyistyczne drony, a na drugim ciężkie bombowce oraz maszyny piątej generacji. Wojsko chce więc systemów, które pozwolą symulować bardzo różne scenariusze bez konieczności używania kosztownych samolotów załogowych.
Szczególnie ambitne są wymagania dotyczące dronów mających imitować myśliwce. Takie platformy powinny przekraczać Mach 1,6, latać na wysokości około 40 tysięcy stóp i wykonywać ostre manewry przy dużych przeciążeniach. Do tego dochodzą sygnatury radarowe, cieplne i radiowe, które muszą wyglądać jak w prawdziwym samolocie bojowym.
To bardzo ciekawy zwrot w myśleniu o bezzałogowcach, bo pokazuje, że wojskowe drony nie muszą już tylko atakować. Coraz częściej mają też odgrywać rolę wabików i realistycznych imitacji przeciwnika. W praktyce oznacza to, że technologia symulacji staje się równie ważna jak sama technologia walki.
Różne klasy, różne zadania
W przypadku większych bezzałogowców oczekiwania są jeszcze bardziej specyficzne. Maszyny mające odgrywać rolę ciężkich dronów lub dużych samolotów transportowych powinny operować nawet na pułapie bliskim 50 tysięcy stóp. Tu kluczowa jest zgodność z realnymi parametrami lotu i rozmiarem celu, bo to umożliwia wiarygodne testowanie systemów naprowadzania oraz głowic bojowych.
Średniej wielkości platformy mają latać z prędkościami subsonicznymi, mniej więcej między Mach 0,5 a 0,8, i wykonywać energiczne zakręty podobne do tych, jakie robią nowoczesne myśliwce. Z kolei najmniejsze systemy mają być zdolne do pracy w roju i poruszać się znacznie wolniej, tak by odzwierciedlać zachowanie niewielkich dronów rozpoznawczych.
Liczy się nie tylko realizm, ale też koszt
W tym programie szczególnie mocno wybrzmiewa jeden warunek: cena. Siły Powietrzne chcą, aby nowe cele latające były na tyle tanie, by dało się je bez żalu poświęcić podczas prób. To istotna zmiana podejścia, bo zamiast drogiego, elitarnego sprzętu potrzebne są rozwiązania proste, masowe i łatwe do zastąpienia.
Z tego powodu wojsko otwiera się nie tylko na tradycyjnych gigantów zbrojeniowych. Mile widziane są również propozycje komercyjne, konstrukcje przerobione z rynku cywilnego oraz projekty dual-use. Taki kierunek ma obniżyć koszty i przyspieszyć rozwój systemów, które przypominają bardziej przemysłowe narzędzia niż klasyczne programy wojskowe.
Nowy raport GAO ujawnia problemy floty F-35 i jej niewłaściwe koszty utrzymania pokazuje, jak kosztowne potrafią być zaawansowane systemy bojowe. Właśnie dlatego armia tak chętnie szuka tańszych alternatyw do testów i szkoleń.
To nie pierwszy raz, gdy wojsko używa „celów” w powietrzu
Pomysł wykorzystania zdalnie sterowanych maszyn jako obiektów treningowych ma długą historię. Już w latach 30. XX wieku Brytyjczycy przerabiali samoloty Tiger Moth na cele latające. Od tamtej pory technologia bardzo się rozwinęła, ale zasada pozostała podobna: stworzyć tanią maszynę, którą można poświęcić w imię sprawdzenia skuteczności obrony.
W ostatnich latach amerykańskie lotnictwo opierało się głównie na modelu BQM-167A, czyli niewielkim, poddźwiękowym dronie o długości około 20 stóp. To jednak konstrukcja znacznie mniejsza niż współczesne chińskie myśliwce J-20 czy bombowce H-6. Równolegle używany jest też QF-16, czyli wycofany F-16 przebudowany na pełnowymiarowy cel imitujący starszą generację zagrożeń, ale nadal zbyt wartościowy, by wykorzystywać go masowo.
Iran przypomniał, dlaczego „tanio” znaczy „bezpiecznie dla budżetu”
Tło dla całego projektu jest bardzo konkretne. Po starciach z Iranem Stany Zjednoczone straciły około 45 dronów MQ-9 Reaper, czyli mniej więcej jedną czwartą całej floty. Łączne straty przekroczyły 1,3 miliarda dolarów, a wszystko to w konfrontacji z relatywnie tanimi irańskimi dronami i pociskami.
To doświadczenie wyraźnie wpłynęło na myślenie Pentagonu. W praktyce pokazuje ono, że nawet najlepiej wyposażony system może okazać się nieopłacalny, jeśli przeciwnik używa prostszych i tańszych środków. Dlatego dziś większy nacisk kładzie się na to, by cele treningowe były nie tylko realistyczne, ale też ekonomiczne.
Czy przemysł to dowiezie?
Największe pytanie brzmi teraz: czy firmy rzeczywiście są w stanie zbudować szybkie, „stealthowe” i jednocześnie tanie drony jednorazowego użytku. Technicznie to trudny kompromis, bo im bardziej zaawansowana ma być symulacja, tym wyższe zwykle koszty. A wojsko chce połączyć wysoką wierność odwzorowania z niską ceną zakupu i eksploatacji.
Jeśli jednak się uda, Siły Powietrzne zyskają elastyczne narzędzie do testowania obrony przeciwlotniczej, pocisków i systemów naprowadzania. W świecie, w którym zagrożenia powietrzne stają się coraz bardziej zróżnicowane, właśnie takie „udawane” cele mogą okazać się kluczowe dla przygotowania na prawdziwy konflikt.


Ciekawe podejście do testowania obrony, ale czy te drony rzeczywiście będą w stanie naśladować wszystkie aspekty myśliwców stealth? Powinny mieć bardzo dobre ukrycie radarowe, a to raczej kosztowne. Może lepiej zainwestować w kilka prawdziwych maszyn?
Znowu wracamy do tematu taniości w armii. W praktyce to się zazwyczaj kończy kombinowaniem, by coś zadziałało, a niekoniecznie osiąganiem realnych rezultatów w boju. Co, jeśli te drony okażą się bezwartościowe w naprawdę trudnych warunkach?
Jako inżynier w branży dronów uważam, że pomysł wykorzystania ich jako celów jest bardzo sensowny. W końcu to spory krok w kierunku obniżenia kosztów treningu. Coraz więcej cywilnych technologii można przerobić na cele, ale kluczowy będzie dobór odpowiednich specyfikacji, by odbiegały jak najmniej od realnych zagrożeń.
Cały czas powracają te same problemy. Jak te tanie drony mają udawać myśliwce, skoro parametry techniczne przy takiej cenie prawie na pewno będą kompromisowe? Wydaje mi się, że to nie tylko kwestia kosztów, ale też rzeczywistych potrzeb tzw. „przeciętnego” pilota. W końcu to nie byle co, a chodzi o realistyczne treningi.