Brazylia pokazuje rozsądne podejście do DRM

  • Home
  • /
  • Blog
  • /
  • Brazylia pokazuje rozsądne podejście do DRM

Data: 13 lipca, 2010

Brazylia w modelowy sposób wdrożyła prawo zabezpieczające właścicieli praw autorskich przed nielegalnym kopiowaniem ich utworów, chroniąc jednocześnie domenę publiczną i samych konsumentów.

Porozumienie ONZ z 1996 roku nazwane WIPO Copyright Treaty wymusiło na państwach członkowskich zaimplementowanie metod ochrony „własności intelektualnej” m.in. poprzez delegalizację łamania zabezpieczeń typu DRM.

Każdy kraj podszedł do rekomendacji w inny sposób. W Stanach Zjednoczonych niesławna ustawa DMCA zakazała jakiegokolwiek obchodzenia zabezpieczeń nałożonych przez sprzedawcę, nawet w celu archiwizacji czy po to, aby móc odtworzyć dany utwór na niewspieranym urządzeniu.

Ustawa, która właśnie została uchwalona w Brazylii podchodzi do tematu znacznie rozsądniej i jest bardziej przyjazna dla obywateli niż korporacji. Nielegalne będzie tylko łamanie zabezpieczeń DRM w przypadku gdy czynność ta doprowadzić ma do naruszenia praw autorskich. Łamanie DRM w innych celach, np w celu odtworzenia płyty DVD na niewspieranym oficjalnie urządzeniu czy programie (jak MPlayer czy VLC), będzie legalne.
Ustawodawca poszedł jednak dalej i całkowicie zakazał nakładania jakichkolwiek zabezpieczeń przed kopiowaniem na dzieła dostępne w domenie publicznej. Ukarany zostanie również każdy dystrybutor nakładający DRM w taki sposób, który ogranicza gwarantowany przez prawo „dozwolony użytek osobisty”.

Podobne wpisy

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone


  1. ufoludek pisze:

    W zasadzie gotów jestem poprzeć całkowity zakaz stosowania DRM pod warunkiem, że równocześnie wprowadzi się prawo gwarantujące łamiącym dozwolony użytek solidne przywalenie pałą.
    Takie, żeby nie mogli sobie naciągać na zasadzie "skoro dozwolony użytek pozwala podzielić się z kręgiem bliskich znajomych, to mogę wrzucić na torrenta, bo jak mam w logach ipkę kogoś, kto ode mnie ciągnął, to go w zasadzie znam".

    1. kocio pisze:

      MSZ to są wszystko i tak półśrodki i czarowanie się, że ludzie naprawdę – poza wyraźnymi przykładami – są w stanie zapanować nad prawami rzeczy tak płynnych jak dzieła umysłu.

      Bez drastycznego uproszczenia – wszystko jedno, czy silniejsza ochrona, czy łagodna jak baranek – to są tylko prawnicze utopie w oceanie rzeczy nieprzewidzianych, nieadekwatnych z powodów praktycznych czy nawet w ogóle niedających się zaklasyfikować do ustalonych kategorii.

      1. ufoludek pisze:

        Ależ na dobry początek nie trzeba się wcale martwić rzeczami nieklasyfikowalnymi i nieprzewidzianymi. Na razie wystarczy przygotować dobrą pałę na przekraczających ramy dozwolonego użytku hiciorów Britnej, kolejnych części Transformersów i książek Coelho.
        Oczywiście te ramy to również kwestia do dyskusji, ale jestem dobrej myśli jeśli chodzi o możliwości zdefiniowania co wolno a czego nie.

        Potem, jak wyjdzie jakiś nieprzewidziany przypadek, prawo zawsze można doprecyzować. Zestaw klas na potrzeby klasyfikacji też się da rozbudować.

        1. mby7930 pisze:

          "Na razie wystarczy przygotować dobrą pałę na przekraczających ramy dozwolonego użytku hiciorów Britnej, kolejnych części Transformersów i książek Coelho.:

          I tą pałą (jak pokazuje przykład USA) pierwszy dostaniesz przez łeb.
          Dołożyć się powinien także Coelho, który przecież właśnie nie ma nic przeciw propagowaniu jego twórczości

        2. ufoludek pisze:

          @mby: Na pewno jesteś w stanie podać kilka linków do spraw, w których amerykański ufoludek dostaje pałą. Definicja amerykańskiego ufoludka: nie ma zainstalowanego klienta torrentów, nie udostępniającego utworów w postaci elektronicznej poza swoje gospodarstwo domowe, a pornosy ciągnie z legalnych stron za członkostwo w których zapłacił.

          Co do Coelho, to on sobie może nie mieć, ale to nie on ponosi koszty wydawania tych książek. W najgorszym wypadku zarobi mniej, ale nigdy nie straci.

        3. mby7930 pisze:

          "Co do Coelho, to on sobie może nie mieć, ale to nie on ponosi koszty wydawania tych książek. W najgorszym wypadku zarobi mniej, ale nigdy nie straci."

          Krańcowy przypadek "węża zjadającego własny ogon", czyli szaleństwa tzw. praw autorskich, gdy autora można oskarżyć o nieuprawnioną dystrybucję jego własnej pracy.

          I co tu się dziwić, że następne pokolenie rozpirzy te regulacje w drobny mak?
          Chyba tylko ktoś z innej planety mógłby mieć jakieś wątpliwości…

        4. ufoludek pisze:

          @mby: bzdura. Nie on ponosi ryzyko, więc nie on decyduje. Proste.
          Ja też zarabiam na życie tworzeniem utworów chronionych przez prawo autorskie (kod), nie ja ponoszę ryzyko, tylko mój pracodawca, który płaci mi pensję. I miałby on pełne prawo być, hmmm, nieco poirytowany, gdybym ten kod (którego jestem twórcą!) rozdawał na boku za darmo.

          Nie pierwsze to pokolenie zapowiadające rozpieprzanie i rewolucję. I nie będzie pierwszym, które przeprosi się z systemem jak tylko dorośnie i zacznie pracować.

        5. To już nawet nie chodzi o obecność czy brak praw autorskich, ale o zmianę modelu. Zobacz, co się stało z rynkiem gier – wszyscy poszli w multiplayery. Bo utrzymywanie przez producenta serwera do gier to już jest jakiś powód, by za nią zapłacić i wiele osób chętnie by to zrobiło.

          Podobnie jest ze sceną muzyczną – artyści harują, jak mogą, by wyjść na swoje, czego efektem jest znaczny wzrost liczby koncertów dobrych zagranicznych zespołów w Polsce.

          Coraz więcej softu udostępnia się jako SaaS, rośnie też rynek open source. Wszystko się zmienia i kiedyśtam dyskusja o copyrightach będzie nieaktualna, tak jak przestaje być aktualna dyskusja win vs linux w persepktywie chmury (co akurat już takie dobre nie jest)

        6. el.pescado pisze:

          artyści harują, jak mogą, by wyjść na swoje, czego efektem jest znaczny wzrost liczby koncertów dobrych zagranicznych zespołów w Polsce.

          Nie wydaje mi się żeby artyści dzisiaj koncertowali częściej niż kiedyś – raczej po prostu Polska staje się powoli postrzegana jako miejsce w które warto przyjechać częściej niż raz na dekadę.

          Coraz więcej softu udostępnia się jako SaaS

          Akurat ja (i zapewne większość fanów FOSS) woli "tradycyjny" model.

        7. ufoludek pisze:

          @eee: jak sobie wyobrażasz ten nowy model w odniesieniu do muzyki czy filmów?

        8. marcinsud pisze:

          @ufoludek jeśli jesteś zatrudniony jako programista to
          Art. 12. 1. Jeżeli ustawa lub umowa o pracę nie stanowią inaczej, pracodawca, którego pracownik stworzył utwór w wyniku wykonywania obowiązków ze stosunku pracy, nabywa z chwilą przyjęcia utworu autorskie prawa majątkowe w granicach wynikających z celu umowy o pracę i zgodnego zamiaru stron.

          Nie wiem czy Coehlo (Britnej czy cokolwiek innego) jest zatrudniony u swojego wydawcy na tych samych zasadach

        9. ufoludek pisze:

          @marcinsud: Podanie przykładu z kodem nie miało na celu wnikanie w stan prawny w Polsce. Miało na celu zilustrowanie sytuacji za pomocą bardziej przyziemnego przykładu niż Britnej, bo niektórym na tym forum wydaje się, że artysta to AHTYSTA, który to jeść nie musi bo żyje SZTUKĄ, i jedyne, na czym mu zależy to hozwój kultuhy przez duże K.

          Britnej podpisuje z wytwórnią odpowiedni kontrakt gwarantujący jej X M$ + procent od sprzedaży, w zamian za co traci prawo do rozdawania swoich utworów według własnego widzimisię.
          Coelho zapewne ma ze swoim wydawcą kontrakt mocno zbliżony.

          Wydrukowanie książek/wytłoczenie płyt + ich dystrybucja to zbyt duży wydatek, żeby schemat "sprzedaję swoje dzieło wydawcy X za $10M, a na drugi dzień sprzedam go jeszcze Y za $10k, bo tak mi się podoba" mógł być tolerowany. Wydawca musi mieć w kontrakcie zastrzeżony na tyle długi okres wyłączności, żeby miał szansę książki/płyty sprzedać. I na ten czas twórca traci prawo dysponowania swoim dziełem.

        10. Reddie pisze:

          @ufoludek: a dlaczegóż to MUSI? Ten drugi wydawca nie ponosi kosztów wytworzenia nośnika i dystrybucji?

        11. ufoludek pisze:

          @Reddie: ponosi, ale ze względu na widzimisię autora ten pierwszy by poniósł koszty nośnika+dystrybucji+wyższej opłaty nie wiedząc, że dzień później ktoś inny dostanie to samo prawie za darmo.

        12. Reddie pisze:

          Wybacz, ale pieprzysz głupoty. Co dostanie "prawie za darmo"? Przecież nie dostanie od tego pierwszego nośników, nie zrobią mu dystrybucji. Że kupił taniej? No fakt, wielka jego wina, jak mógł.

          U zwolenników odnoszenia praw własności materialnej do "własności intelektualnej" najbardziej bawi mnie hipokryzja.

        13. ufoludek pisze:

          @Reddie: i wzajemnie. Jak w świecie materialnym dostawca sprzedaje jednemu po X, a drugiemu po Y, gdzie Y jest dużo mniejsze od X, to go ścigają o nieuczciwe praktyki. Vide Intel i ceny procków dla tych, co nie korzystają z AMD.

        14. Reddie pisze:

          Jak w świecie materialnym dostawca sprzedaje jednemu po X, a drugiemu po Y, gdzie Y jest dużo mniejsze od X, to go ścigają o nieuczciwe praktyki.

          Ale zdajesz sobie sprawę, że przyczyną tego nie jest różnica cenowa per se tylko używanie jej do wycięcia konkurencji?

          Gdyby artysta chciał w ten sposób wyciąć firmę X to by podpadało, zgoda 😀

        15. trasz pisze:

          @Reddie: Koszt nosnika jest zaden, koszt dystrybucji jest taki sobie. Duzy koszt to realizacja ('nagranie', mowiac lopatologicznie) i przede wszystkim marketing. Wlasnie to dostalby za darmo.

        16. Reddie pisze:

          W jaki sposób ta "realizacja" przeprowadzona przez wydawcę X "dostaje się" wydawcy Y?

          Jeśli wydawca zdaje sobie sprawę, że autor może za chwilę podpisać kontrakty z innymi wydawcami, to gdy uzna, że mu się to nie opłaca, nie musi podpisywać. Nie musi też wydawać grosza na marketing. A jak ma z tego wyjść? Co mnie to obchodzi, niech rynek się dostosuje :>

  2. Sławek pisze:

    Ja jestem za znakowaniem dzieł chronionych przez DRM lub zabezpieczniea regionalne. Uważam, że powinno się podchodzić do tego tak samo, jak do problemu papierosów czy alkoholu – konsument powinien być jawnie powiadamiany z czym będzie mieć do czynienia.

    Obecnie nikt takich ostrzeżeń nie stosuje, lecz ochrona kopii może uczynić je całkowicie nieprzydatnymi. Nawet mogliby później wprowadzić te chore zapisy zakazujące omijania tych zabezpieczeń. Dlaczego taki pomysł: nauczy to producentów jednego – nikt nie chce ich skażonych bubli. Skoro konsumenci będą rezygnować z dzierżawy czegoś, bo to coś ma jakby zaszyte mechanizmy kontroli sposobu użycia, to producenci się nauczą, że DRM jest złem. Obecnie to jest tak samo jak z dzierżawieniem programów – konsumentowi się, że kupuje produkt, a w licencji piszę się, że go nie kupuje – tutaj próbuje się ukryć, że ogranicza się zakres swobód konsumenta.

    1. Sławek pisze:

      Czyli, mam nadzieję, że przez realizację tego pomysłu na krótki moment wejdą zakazy obchodzenia zabezpieczeń również w Polsce, po czym producenci zrezygnują z takowych zabezpieczeń, a te złe przepisy zostaną wycofane.

    2. ufoludek pisze:

      BluRaye są znaczone (kody regionalne). Ludzie jakoś niespecjalnie rezygnują.
      Poza tym czy wydaje Ci się, że starty z okazji rezygnacji tych kilku osób będą większe, niż w tej chwili są z powodu jumactwa?

      1. mby7930 pisze:

        "Poza tym czy wydaje Ci się, że starty z okazji rezygnacji tych kilku osób będą większe, niż w tej chwili są z powodu jumactwa?"

        Są porównywalne, gdyż zerowe.

        1. ufoludek pisze:

          @mby: Jasne. Bo płytki się klonują za darmo, reklama i dystrybucja odbywa się w czynie społecznym, takoż i praca aktorów, charakteryzatorów, scenarzystów itp.

        2. dzikus pisze:

          To popatrz na to także z drugiej strony, a promocja to nie kosztuje, a marketing choćby szeptany to za darmo jest?

          Kiedy producenci, aktorzyny i charakteryzatorzy zapłacą za to, że za darmo ich "dzieła" zyskują sławę i dzięki _MIĘDZY_INNYMI_ tym złym ludziom, którzy łamią prawo autorskie zarabiają potem w kolejnych miernotach tak ogromne gaże?

          Łatwo jest patrzeć na jedną stronę medalu zapominając o drugiej.

          Nikt też jakoś nie zauważa że od choćby dzięki chipom do drm nasza planeta jest bardziej skażona, nie mówiąc już o takich nośnikach jak płyty dvd czy blue-sray.

        3. mby7930 pisze:

          "@mby: Jasne. Bo płytki się klonują za darmo, reklama i dystrybucja odbywa się w czynie społecznym, takoż i praca aktorów, charakteryzatorów, scenarzystów itp."

          Widzę, że łykasz propagandę koncernów niczym małpa kit.
          O wzroście sprzedaży biletów do kin w USA też pewnie nie słyszałeś.

        4. ufoludek pisze:

          @mby: jesteś kolejnym łosiem, który myli korelację ze związkiem przyczynowym?

          @dzikus: o, tego jeszcze nie było — jumanie chroni planetę! Twoim zdaniem oczywiście te wszystkie kompy pracowicie ciągnące po nocach Transformersów nic a nic się do zanieczyszczenia nie przyczyniają? Upgrade'y infrastruktury, żeby podołała zwiększonemu obciążeniu też nie?

        5. el.pescado pisze:

          Są porównywalne, gdyż zerowe.

          Chociaż na pewno jest kilku takich hardcorów co z zasady nie zapłacą centa za możliwość słuchania muzyki z powodów ideologicznych, znając życie większość nie mogąc ściągnąć czegoś z Internetu po prostu to kupi.

          Z ciekawości – ktoś wie jak to wygląda w chwili obecnej w Szwecji?

        6. Sławek pisze:

          Ja nie pisałem o płytach Blue-ray. Zresztą, to bardzo dziwne, by było o tym słychu, skoro możliwość odtwarzania Blue-ray ma niewielu ludzi. Płytki DVD jakoś niespecjalnie są oznaczane. Dlatego właśnie ta potrzeba,

        7. ufoludek pisze:

          @Sławek: chyba na Linuksie. PS3 odtwarza. Są dostępne odtwarzacze standalone. Do peceta czy maka też można dokupić.
          Ale nawet przyjmijmy, że jest ich tak niewielu — tym bardziej nawet niewielki ubytek odbiorców, którzy zniechęceni niepełnowartościowością towaru prychną tylko z niesmakiem na jego widok i odwrócą się plecami, powinien skłonić producentów do przemyślenia strategii i zaprzestania blokowania. Ale jakoś nie przekonani nie są…

        8. el.pescado pisze:

          ZTCW, to poza PS3 odtwarzacze BD nie są jeszcze popularne – ani te "komputerowe" (poza Sony Vaio chyba nikt ich nie montuje) ani te "telewizorowe" (ludzie dopiero co pokupowali DVD). A że kupić można… Dużo rzeczy można kupić.

      2. Sławek pisze:

        Płytka jest oznaczana, czy dane zapisane na płytcye? Opakowanie płytki jest też oznaczane?

        Zresztą, to o jakich oznaczeniach piszesz? Ja miałem na myśli ostrzeżenia, jak w przypadku papierosów. Napisanie na pudełku np. Europa wcale nie oznacza, iż na ternie USA nie będziesz w stanie tego odtworzyć. Zresztą, to i tak ludziska mogą pomyśleć, że takie są technikalia odtwarzania płyt kompaktowych – nikomu nie może przyjść do głowy, że to umyślnie(sztucznie) wprowadzone ograniczenia.

        1. ufoludek pisze:

          Na opakowaniu jest znaczek, czy płytka ma blokadę regionalną czy nie. I na jaki region jest. Skoro nie wiesz takich podstawowych rzeczy, to zaczynam coraz bardziej się upewniać, że ogólnie niespecjalnie wiesz cokolwiek na ten temat poza rzeczami zasłyszanymi we free-brukowcach jadących tytułami "OMG KONCERNY NAS GNEMBIOM !!!"

        2. el.pescado pisze:

          Na opakowaniu jest znaczek, czy płytka ma blokadę regionalną czy nie.

          Trzeba tylko wiedzieć, że kupować można tylko płyty z cyframi 0 i 2 schowanymi gdzieś z tyłu opakowania.

        3. ufoludek pisze:

          @el.pescado: Z punktu widzenia Sławka tylko 0, bo, o ile dobrze rozumiem, on nigdy nie kupi nic przypisanego do jednego regionu.
          Oczywiście można zrobić "po papierosowemu" i walnąć na froncie okładki napis zajmujący 30% powierzchni, ale postawię śmiałą tezę, że oprócz kilku Sławków nobody gives a damn. I nawet jak tych kilku Sławków zrezygnuje, to i tak wydawca tego nie zauważy, że już nie wspomnę o jakimkolwiek ugięciu się pod tak przemożną presją.

        4. el.pescado pisze:

          Ja myślałem raczej o turystach. W każdym razie, na żadnej z moich płyt nie ma napisane że można ją odtwarzać w takim a takim kraju – są tylko obrazki globu z cyferkami.

        5. el.pescado pisze:

          Dla porównania, Amazon w opisie produktu podaje: "Region: Region 1 (U.S. and Canada only. Read more about DVD formats.)"

        6. Sławek pisze:

          Amazon jest internetowym sklepem. Oni zwyczajnie muszą, by im renoma nie spadła.

      3. Sławek pisze:

        Co to jest jumactwo? Zresztą, to te kilka osób, które nie będzie rwać sobie włosów z głowy lub nie kupi niepotrzebnego bubla ma wielkie znaczenie. Nie z powodu walki ze zlymi koncernami, ale z powodu dbania o wolność wyboru. Dla producenta to koszt zerowy, a dla konsumenta duży.

  3. kocio pisze:

    @ufoludek: Ależ już jest potężna masa niepewności wśród ludzi co można, prawo musiałoby się aktualizować co drugi dzień. Ono się po prostu nie nadaje na takie tempo zmian technologicznych – nie bo ktoś je źle zaplanował, tylko bo nie da rady tak szybko się rozwijać. A ludzie go wchłaniać – bo przecież nie idzie o samo mnożenie reguł, których i tak nikt nie obejmuje.

    Moim zdaniem z pałowaniem prezentujesz daleko idącą naiwność – to zwiększy tylko strach, ale nie zwiększy pewności, tylko zwiększy niepewność. Bo co jeśli dystrybutorzy (na ile się orientuję oni przejmują od autorów prawa w poważnym stopniu) zaczną pozywać za obecność swoich własności na zdjęciach z wakacji, tak jak już była afera o sfilmowane tańczące dziecko przy muzyce? Będzie tylko większa pewność, że dystrybutorzy są bezwzględni, a chyba nie o taką pewność nam idzie, prawda?

    Jeśli twoim celem jest tylko ochrona interesu wydawców, to metoda pały może wystarczyć na jakiś czas, ale nijak nie zwiększy ludzkiej świadomości co prawo stanowi (albo co miał na myśli racjonalny ustawodawca), czyli to jest czysty lobbing, a nie rozwiązanie problemu – bo MSZ prawo ma dbać o wszystkie strony.

    Jakimś wyjściem na początek byłaby ta obowiązkowa rejestracja w celu ochrony. Byłaby jakaś informacja jasna, inaczej musisz na własne ryzyko definiować niemal w każdej chwili dozwolony użytek, prawo cytatu itp. wyjątki.

    1. ufoludek pisze:

      Kocio, prezentujesz typowy dla informatyków czarno-biały punkt widzenia. Zakładasz, że jak coś nie obejmuje 100% przypadków od teraz do wieczności, to nie warto tego robić.

      Całkowitej pewności nie daje żadne prawo. Praktycznie nigdy nie da się podać wszystkich możliwych przypadków dozwolonych i zabronionych. Zawsze jest pole do interpretacji (obrona konieczna, czy przekroczenie granic obrony koniecznej?).
      I zawsze istnieje folklor w postaci porąbanych pozwów o bzdury, jak ten filmik z dzieckiem.

      Zgrubne reguły typu „kto udostępnia celem powielenia podlega karze” (czyli ty możesz zrobić kopię, ale ktoś nie może skopiować od ciebie) już całkiem nieźle przytną torrenciarstwo.

      to metoda pały może wystarczyć na jakiś czas, ale nijak nie zwiększy ludzkiej świadomości co prawo stanowi

      Uważasz, że ludzie są tak głupi, że jak jeden z drugim pójdzie siedzieć za czynność X, to nie uświadomią sobie, że prawo stanowi, że czynność X jest zabroniona?

      bo MSZ prawo ma dbać o wszystkie strony

      Dba. Pokrzywdzonych chroni przed przestępcami, a przestępcom zapewnia humanitarne warunki w więzieniu.

      zaczną pozywać za obecność swoich własności na zdjęciach z wakacji, tak jak już była afera o sfilmowane tańczące dziecko przy muzyce

      Da się stworzyć odpowiednie prawo uzależniając „dozwoloność” od tego, czy ta własność jest tylko elementem tła czy głównym elementem (like in „na filmie z wakacji jemy kolację a na telewizorze w tle leci Szklana Pułapka 7” vs „na filmie z wakacji przez cały czas jest zbliżenie ekranu kinowego na którym leci SP7 i obejmuje on wszystko od czołówki do napisów końcowych”).
      Oczywiście czasem interpretacja będzie musiała zależeć od sądu, ale myślę, że da się z tym żyć, bo po kilku wyrokach prokuratura wyrobi sobie wyczucie, co wolno a co nie.

      1. kocio pisze:

        Twoja wizja ma tylko jeden kolor (i to raczej czarny), a mnie zarzucasz uproszczenie? Hm…

        Nie wszyscy mamy wyroki lub jesteśmy poszkodowani, prawo dotyczy nie tylko w kontekście więzienia. Obecnie prawo autorskie teoretycznie dba o twórców, ale oni są przyzwyczajeni do pozbywania się ich dla pośredników (jeśli nadają temu znaczenie pieniężne) i to oni są głównymi beneficjentami, natomiast nie dba o odbiorców, którzy zyskali nowe narzędzia i nowy wymiar komunikacji społecznej, a nie tylko 1-2-1 live. W świecie gdzie transmisja albo mieszanie danych jest banalne, mechanizmy wymagające zwykle każdorazowej zgody od wielu współautorów, nie zawierające ogólnych zasad przestrzeni informacyjnej, są wręcz wrogie odbiorcom, którzy technicznie są nieodróżnialni od nadawców.

        A ta uznaniowość to już dziś koszmar – stąd właśnie efekt mrożący. Jeśli nie robisz czegoś nie dlatego, że wiesz, że to jest złe, tylko na wszelki wypadek, to albo ty jesteś paranoikiem, albo rzeczywistość dokoła. I to jest społeczna strata – także rynkowa, bo przecież rynek czerpie z zachowań społecznych i w wyniku powstawania ich znajdują się nowe sposoby zarabiania.

        Który sąd określi co jest materiałem urzędowym i odkąd dokąd? Bo jeśli urząd zakupi coś i wykorzysta w swoich materiałach, to jak to niby jest? Co z państwowymi uczelniami i ich urobkiem, zwłaszcza, jeśli realizują jakieś zewnętrzne zlecenie? Co zrobić z bibliotekami cyfrowymi, które mogą udostępniać cyfrowe "egzemplarze" (a co to jest wtedy egzemplarz?) tylko lokalnie, czyli gorzej, niż tradycyjne, papierowe – czy to znaczy, że mamy trzymać się kurczowo papieru?

        W twojej wizji jest natchniona wiara w przestrzeganie prawa, którego ludzie nie rozumieją. Wystarczy, że zobaczą, jak ktoś dostaje w łeb, to sobie zaczną kojarzyć. Cudowna metoda edukacyjna… Ale już wspomniałem, że to daje tylko poczucie kto jest silny, a nie co prawo dozwala i jakie daje ludziom instrumenty. To jest półprawo. Nie przekonuje mnie podział społeczeństwa na skazanych i poszkodowanych – są też interesanci, autorzy, przedsiębiorcy (nawet ich nie dostrzegasz…), obywatele, prosumenci, społeczności itp. itd. Oni muszą się pewnie zdeklarować w jednej z tych dwóch szufladek, bo jako tacy nie zasługują uwagę w twojej koncepcji prawa. Nie ma mowy o przewidywalności prawa – można zgadywać tylko po procesach… To właściwie po co stanowić prawa? Rzeczywistość sama wykaże, a ludzie się zorientują.

        1. ufoludek pisze:

          Twoja wizja ma tylko jeden kolor (i to raczej czarny), a mnie zarzucasz uproszczenie? Hm…

          Kocio, pliz, czytaj ze zrozumieniem. Zarzucam Ci coś dokładnie przeciwnego. Niepotrzebnie komplikujesz sprawy stosując podejście "albo przewidzimy i opiszemy z góry wszystkie możliwości, albo nie warto robić nic". Tymczasem problemem nie są wydumane przypadki w których jakiś gość sobie sfilmował tańczące dziecko, tylko miliony ludzi jumających muzykę i filmy przy pomocy torrentów i innych rapidshare'ów.

          natomiast nie dba o odbiorców, którzy zyskali nowe narzędzia i nowy wymiar komunikacji społecznej, a nie tylko 1-2-1 live.

          Jak nie dba, kiedy dba? Przecież definiuje dozwolony użytek.

          mechanizmy wymagające zwykle każdorazowej zgody od wielu współautorów

          Przykład poproszę.

          są wręcz wrogie odbiorcom, którzy technicznie są nieodróżnialni od nadawców.

          Są bardzo łatwo odróżnialni. Nadawca udostępnia kontent. Odbiorca odbiera. A wrogie są celowo, bo producenci kontentu sobie nie życzą, żeby ktoś inny go sobie nadawał.

          Jeśli nie robisz czegoś nie dlatego, że wiesz, że to jest złe

          Sęk w tym, że jumacze (i cyfrowi i "fizyczni") nie uważają, że jumanie jest złe. Może jednak chodziło Ci nie o złe, tylko o niezgodne z prawem?

          to albo ty jesteś paranoikiem, albo rzeczywistość dokoła.

          Albo jesteś łosiem, który nie potrafi się poradzić prawnika.

          znajdują się nowe sposoby zarabiania.

          Takie, jak zarabianie na cudzej pracy przez sprzedawanie skopiowanych w piwnicy płyt?

          Co zrobić z bibliotekami cyfrowymi, które mogą udostępniać cyfrowe “egzemplarze” (a co to jest wtedy egzemplarz?) tylko lokalnie, czyli gorzej, niż tradycyjne, papierowe – czy to znaczy, że mamy trzymać się kurczowo papieru?

          Widzisz, i tu wchodzi DRM…

          W twojej wizji jest natchniona wiara w przestrzeganie prawa, którego ludzie nie rozumieją.

          Że niby czego nie rozumieją? "Jak dajesz komuś coś skopiować, to dostajesz pałą" jest dość prostym do zrozumienia zdaniem.

          to daje tylko poczucie kto jest silny

          Fine by me. Podoba mi się sytuacja, w której prawo daje poczucie, że ktoś, kto wkłada kasę i wysiłek w wyprodukowanie czegoś jest silniejszy od kogoś, kto sobie ma ochotę wynikami cudzej pracy dowolnie dysponować pozbawiając producenta potencjalnych dochodów.

          interesanci

          … mający się do jumania hiciorów Britnej jak?

          autorzy

          … którzy absolutnie nie są beneficjentami prawa autorskiego, tak?

          przedsiębiorcy (nawet ich nie dostrzegasz…)

          rzeco? A taki wydawca, który jest pozbawiany dochodów przez jumaczy, to nie przedsiębiorca?
          No chyba że mówisz o przedsiębiorcach kopiujących w piwnicy "the best of Britnej"…

          obywatele, prosumenci, społeczności itp. itd.

          I jak się te kategorie mają do jumania Transformersów?

          Nie ma mowy o przewidywalności prawa – można zgadywać tylko po procesach… To właściwie po co stanowić prawa?

          I to jest właśnie to Twoje czarno-białe widzenie — skoro nie da się ustanowić prawa w 100% ścisłego, to po co w ogóle stanowić jakiekolwiek? A ja na to: bzdura.

        2. kocio pisze:

          Dla mnie przymiotnik czarno-biały świadczy o uproszczeniu, wybacz że dla mnie synonimem bogactwa jest wielobarwność.

          Zafiksowałeś się na prostych kategoriach i tylko jednym z wielu rodzajów problemów – odmieniasz słowa jumanie, MP3 i pała przez różne przypadki, ale to nadal są w gruncie rzeczy tylko trzy słowa. Twoje prawo, ale mnie taka dyskusja wydaje się strasznie bezpłodna i niestety nudna do wyziewu.

          Ciekawi mnie bardziej co byś powiedział na konkretną propozycję postawioną (i przeze mnie tu przytoczoną) – odwrócenia paradygmatu z automatycznego wymagania zgody na korzystanie (nie wiem czego nie rozumiesz – prawo autorskie daje kontrolę pojedynczym autorom, co się sprawdzało w ubogim ekosystemie, ale w bogatym działa kontrproduktywnie; przykład z antologią filmową u Lessiga pokazuje, że nawet duże firmy potrafią się na tym spocić, co dopiero reszta) na obowiązek rejestrowania dzieł, jeżeli chcesz je chronić.

          Dla ogółu kultury to zysk – łatwa dostępność źródeł do swobodnego kopiowania, rozpowszechniania i przerabiania w różne (twórcze i mechaniczne) użyteczne sposoby, w dodatku 100% pewność bez wciągania sądu, że jak czegoś nie ma w rejestrze, to jest PD. Przedsiębiorcy z kolei oraz autorzy chcący zarobić na swoim wymyśle – którzy są znikomym procentem całej kultury – nie tracą ochrony, zaś pozostali wiedzą, co mogą bez problemu spieniężyć (jeśli nie jest chronione) lub do kogo się zwrócić po licencję.

          Nie zakładam, że to optymalny system, ale załatwiający chociaż problemy odłogów (tzw. dzieł osieroconych) nie naruszając samej koncepcji tradycyjnego monopolu prawnoautorskiego, w odróżnieniu od wszelkich form DRM, które tylko utrudniają życie odbiorcom.

        3. ufoludek pisze:

          @kocio: propozycja jak dla mnie bomba. Britnej i producent Transformersów się oczywiście zarejestrują i będą lali pałą, a Ty do woli sobie będziesz mógł kopiować przyśpiewki ludowe w wykonaniu Ziutka z Pierdziszewa, który w tej chwili zapewne i tak je udostępnia jako public domain albo na innym creative commons.
          Dla Ciebie nic się nie zmieni (lanie pałą za kopiowanie majorsów, dozwolone kopiowanie Ziutka), natomiast korpy będą miały łatwy dostęp do darmowych materiałów wrzuconych do sieci przez ludzi, którym się zapomniało zarejestrować.
          Teraz to przemyśl w kontekście niedawnego newsa na temat autoportretu jakiejś laski wykorzystanego przez Reserved do ozdobienia koszulki.

        4. ufoludek pisze:

          @kocio: "którzy są znikomym procentem całej kultury" może i procentem znikomym, ale to ich głównie jumają. Wejdź sobie na jakiegoś trackera i porównaj liczbę plików z mongolskimi przyśpiewkami ludowymi w wykonaniu zespołu pieśni i tańca Dżyngis-chan z liczbą mp3 Metalliki czy przysłowiowej Britnej.

        5. Reddie pisze:

          @ufoludek: w słowniku nie ma rzeczownika "jumactwo" jak i czasownika "jumać". Języka rodem z rynsztoka używasz, bo innego nie znasz, czy aby rozmyślnie zaprezentować ten rodzaj kultury z którym najgłębiej się identyfikujesz?

        6. kocio pisze:

          Mylisz po prostu prawo autorskie z ochroną wizerunku, ale to nie jest główną osią tego sporu.

          A co do ilości – krótki łeb i długi ogon jest już mocno obgadanym zjawiskiem, i znów zaczynasz wałkowanie tego co kochasz, a czym pogardzasz. Dla mnie koszmarna nuda – nie interesują mnie twoje gusta, a już na pewno nie na tyle, żeby nad tym debatować albo się w ogóle emocjonować.

        7. ufoludek pisze:

          @kocio: Czyli standardowo — jak ktoś Ci wytknął błąd w rozumowaniu, to wyjeżdżasz z "ale właściwie to mnie to nudzi" i uciekasz.
          I nie, nie mylę. Taka sama jazda by była, gdyby ktoś wykorzystał zdjęcie kwiatka czyjegoś autorstwa. ZOMG KORPY KRADNOM MOJE DZIĘŁO !!!
          Also: tak z ciekawości (bo nie wiem) czy głos jest elementem wizerunku czy nie?

          @Reddie: Och, och… SPJ

        8. ufoludek pisze:

          @self: update: nie zauważyłem braku "pwn" w sjp. Ale za to sjp.pl jest projektem społecznościowym i na GPL, więc na pewno ma rację.

        9. Reddie pisze:

          @ufoludek: ach, no tak, powinienem wziąć pod uwagę że Kopaliński jest ci obcy. Cóż, wart Pac pałaca…

        10. ufoludek pisze:

          @kocio: szybki gugielek wyrzuca taką fajną prezentację. Czyli być może dałoby się ścigać niektóre przypadki wykorzystania utworu przysłowiowej Britnej do celów jej niemiłych z paragrafu o ochronie wizerunku.

        11. ufoludek pisze:

          @Reddie: już nie rób z siebie takiego purysty. Przed "że" stawiamy przecinek.

        12. kocio pisze:

          @ufoludek: Oczywiście, bo już usłyszałem od ciebie to, co mnie interesowało, a przerażająco przewidywalnie zaczepiasz w najnudniejszy dla mnie sposób – na pokaz podniecając się jednym, a pogardliwie wydymając się na co innego, żeby tylko były jakieś emocje. A na mnie od jakiegoś czasu to działa dokładnie odwrotnie – mam w nosie gusty ludzi, z którymi nie mam żadnego związku, tak samo jak ich trollowanie (czyli używanie fury emocji w dyskusji). Trudno – musisz mocniej poszukać kogoś, kogo to sprowokuje, zamiast usypiać tak samo jak upał.

        13. ufoludek pisze:

          @kocio: słabo, panie.

          Kocio: mam super pomysł, który wszystko rozwiąże. Co ty na to?
          Ufoludek: faktycznie super pomysł. Będzie jeszcze lepiej dla korpów.
          Kocio: nudzi mnie to.

        14. kocio pisze:

          Mógłbym pogadać, ale jak sobie pomyślę, że tylko dla twojego fanu najpierw musiałbym odciąć grubą warstwę zbędnej słoniny emocji, żeby się zabrać za mięsko ciekawej merytoryki, to naprawdę mi się nie chce – nikt mi za to babranie w słoninie nie płaci. Dla mnie zupełnie niewarta skórka wyprawki – bardziej nudzi styl niż ciekawi treść, bilans jest zdecydowanie ujemny. Zrób z tym co zechcesz.

        15. Reddie pisze:

          @ufoludek: gratuluję nieumiejętności odróżnienia jakości języka od interpunkcji.

        16. ufoludek pisze:

          Jakie znowu emocje? Na emocjach to jedzie mby, który chce rozpieprzać jakieś szaleństwa. Ja tylko na spokojnie chcę przylać pałą złym chłopcom, czy to pozyskującym materiały objęte prawami autorskimi bez zgody właścicieli (this one's for you, Reddie), czy niszczących ławeczki w parku.
          Używanie zwrotów "jumanie", "przywalenie pałą" czy "łoś" nie jest nacechowane emocjonalnie. Możesz sobie zamiast nich wstawić "pozyskiwanie bez zgody właściciela", "stosowanie sankcji karnych" i "strasznie nieporadna i nieprzystosowana do życia osoba".

          Nad stylem też mógłbyś popracować, bo na proste pytanie "co zrobić, żeby nie jumali Britnej" zaczynasz strasznie rozwlekłe pobredzanie o społecznościowych prosumentach-artystach będących jednocześnie nadawcami materiałów urzędowych dla przedsiębiorców zarabiających w nowy sposób.

        17. kocio pisze:

          Używanie zwrotów “jumanie”, “przywalenie pałą” czy “łoś” nie jest nacechowane emocjonalnie.

          No teraz to już tak odważnie pojechałeś, że dla odmiany dostałem zajadów ze śmiechu (zawsze to lepsze niż nuda)… "Słonina nie jest tłuszczem, jest zdrowa i zawiera same witaminy!" =}}}

          Z mojej strony EOT.

        18. Reddie pisze:

          Używanie zwrotów "k…a", "h…j" czy "pie…lić" nie jest nacechowane emocjonalnie – zamiast nich można sobie wstawić "pani lekkich obyczajów", "członek" czy "mówić bez sensu".

          Taa, z mojej strony też…

        19. ufoludek pisze:

          Te, purysta, przez jakie to h się pisze "członek"?

        20. Reddie pisze:

          Nie wiem, nie używam rynsztokowego słownictwa.

        21. ufoludek pisze:

          Po pierwsze, w poprzednim poście użyłeś. Po drugie żadna wymówka, bo ten wyraz akurat w słowniku jest.

        22. Reddie pisze:

          Co nie zmienia jego rynsztokowego charakteru. A że użyłem, aby chwilowo umożliwić komunikację na twoim poziomie semantycznym nie oznacza, że robię to tak często jak chociażby ty. Eot.

        23. ufoludek pisze:

          Chyba jeszcze powinieneś doczytać, co to jest semantyka.

    2. el.pescado pisze:

      Bo co jeśli dystrybutorzy (na ile się orientuję oni przejmują od autorów prawa w poważnym stopniu) zaczną pozywać za obecność swoich własności na zdjęciach z wakacji, tak jak już była afera o sfilmowane tańczące dziecko przy muzyce?

      Jest różnica między takedown notice a pozwem sądowym.

      1. kocio pisze:

        A jakie praktyczne to ma znaczenie dla zwykłych ludzi? Bo to oni, a nie jakaś mafia, mają problem z prawem, które obejmuje kilka ważnych dziedzin życia tak, jakby to był zwykły rynek towarowy.

        1. el.pescado pisze:

          Nie, nie masz żadnego problemu z prawem. Jedyną konsekwencją jest zniknięcie filmu z youtube. Żaden komornik nie przyjdzie zająć telewizora i mebli.

          Ludzie mają poważniejsze problemy.

        2. kocio pisze:

          Poważniejsze w stylu zjeść, mieszkać, leczyć się, walczyć itp.? Zawsze będą.

          Jednak sieć i elektroniczne pośredniki odgrywają coraz większą rolę i waga tego problemu systematycznie rośnie, bo prawo autorskie dotyczy teoretycznie tylko zjawiska ekonomicznego, ale w praktyce także komunikacji społecznej, wolności słowa, wszelkiej sztuki (w tym tak popularne jak film i literatura, ale nie tylko one), stosunków państwo-obywatel (co to są "materiały urzędowe"?), edukacji, rozrywki, wszelkiego rodzaju archiwów informacji (w tym bibliotek)…

          Jeśli to są niepoważne problemy, to pozostaje życzyć miłego mieszkania w lepiance.

{"email":"Email address invalid","url":"Website address invalid","required":"Required field missing"}

Newsletter OSnews raz w tygodniu. Bez reklam.