Cyberwojna, której nie było

  • Home
  • /
  • Blog
  • /
  • Cyberwojna, której nie było

Data: 25 października, 2011

Kiedy USA zdecydowało się czynnie wesprzeć libijskich rewolucjonistów w walce z dyktaturą Muammara Kaddafiego, w Pentagonie trwały rozmowy na temat przeprowadzenia cybernetycznego ataku na przeciwlotnicze struktury. Ta kwestia nigdy nie dotarła do Białego Domu i Amerykanie zdecydowali się na znacznie droższą i bardziej tradycyjną opcję: bombardowanie. Dlaczego cyberwojna – tańsza, nienarażająca życia amerykańskich żołnierzy – została porzucona?

Itworld.com przedstawia kilka możliwych przyczyn wyboru siłowego rozwiązania, zamiast sabotażu hakerów-specjalistów. Chociaż skuteczna cyberwojna mogłaby teoretycznie pomóc w budowaniu wizerunku amerykańskiej potęgi w dziedzinie cybernetycznych ataków i byłaby nieporównywalnie tańsza, niosłaby ze sobą także poważne ryzyko. Na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie, że USA bało się ustanowienia precedensu. W końcu czy mocarstwo z supernowoczesną i ogromną armią chciałoby zaczynać erę, w której działania wojenne prowadzi tylko kilka osób przed ekranami komputerów?

Cyberwojna precedensem?

ITworld.com sugeruje, że chodziło o coś zupełnie innego. Nie byłaby to przecież wcale precedensowa sytuacja. Powszechnie uważa się, że wypuszczony w zeszłym roku przez Izraelczyków robak Stuxnet, który zaatakował irańskie kompleksy nuklearne, został napisany właśnie przez Amerykanów. Jednak jeśli USA miałoby oficjalnie rozpocząć takie działania pod własną banderą, musieliby zrobić to w maksymalnie widowiskowy sposób, czego raczej nie dokonaliby przez ominięcie niezbyt skomplikowanych libijskich zabezpieczeń. W kontraście z wyprowadzanymi z Chin i Rosji atakami na ogromną skalę, jakie od kilku lat plądrują rządowe bazy danych, wykradając informacje o wartości milionów dolarów, infiltracja prymitywnych sieci kraju Kaddafiego wypadłaby naprawdę miernie.

Amerykanie nie chcą być przecież postrzegani jako kraj z potężną armią, który nie radzi sobie jednak na polu działań cybernetycznych. Zakładając, że zdolności hakerów USA mogą nie być jeszcze imponujące, wygląda na to, że Pentagon nie chciał prowokować chińskich specjalistów do większej ilości ataków na nieskutecznie zabezpieczone systemy rządowe.

Na razie cyberwojna na pełną skalę nie jest tym, co leży w interesie zarówno Stanów Zjednoczonych, jak i Chin. Należy się cieszyć, że żadnemu z państw nie zależy jeszcze na przeniesieniu pola walki na cyfrowe terytorium.

Podobne wpisy

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone


  1. troll pisze:

    > Dlaczego cyberwojna – tańsza, nienarażająca życia amerykańskich żołnierzy – została porzucona?

    Liczy się skuteczność. Równie dobrze mógłbyś rozważać, dlaczego USA nie zdecydowało się na rzucanie uroków voodoo na libijskich lojalistów – przecież to też rozwiązanie tańsze i nienarażające żołnierzy.

  2. Lekki Linux blog pisze:

    gdzieś kiedyś trzeba wystrzelać się z przestarzałej amunicji, aby kolesie i znajomi królika mogli wyprodukować nową i zgarnąć kontrakty rządowe $$$

  3. Bomba to jest rzecz, którą można zrzucić, ona tam wybuchnie, a jak wybuchnie, to trzeba kupić nową. No i o to chodzi we wszystkich amerykańskich wojnach od kilkudziesięciu lat. O wystrzelanie jak najwięcej naboi do broni wszelkiego rodzaju, by potem kupić nowe. Bo dzięki temu z kraju wyprowadzana jest kasa w astronomicznych ilościach.
    Cyberwojnę "cywilną" już było widać na FB, kiedy to pozwalano najeżdżać na Kadafiego, a gdy tylko powstała grupa o wyzwoleniu Palestyny czym prędzej ją zamknięto.
    I nie potrzeba tu wydumanych instrumentów Zielińskiego do kontroli umysłu! Wmówić, że nie ma cenzury i działać.

  4. Budyń pisze:

    Fantastyczne są teorie autora i komentatorów.
    Nikt nie wpadł na to, że hipotetyczna "cyberbroń" zwyczajnie nie miała zastosowania we wzmiankowanym konflikcie, bo … brakowało dla niej celów ? Jaką infrastrukturę mogła mieć obłożona embargamii Libia ? Szczególnie wojskową, gdy mieli do dyspozycji sprzęt niemal na pewno pozbawiony w ogóle elektroniki cyfrowej i w śladowych ilościach i z całą pewnością pozbawiony zintegrowanego systemu dowodzenia.

    Poza tym, plującym na USA, przypomnę, że w niecharakterystycznym odruchu całą zadymę rozpętali Europejczycy, demolując jeden z bardziej cywilizowanych krajów Afryki Północnej. Na problem Somalii tradycyjnie przymykając oczy, co jest o tyle dziwne, że rud i ropy tam też jest pod dostatkiem.
    Podobnie zresztą jak USA, nie wysyłając na miejsce – przynajmniej oficjalnie – żadnych wojsk lądowych. Co najwyżej kilka patroli komandosów i instruktorów, wspierających lokalnych użytecznych "myślących inaczej".

    Wreszcie, dzielna Europa wystrzelała się nie tylko ze starej, ale i z nowoczesnej amunicji, którą … no, musieli dostarczać Amerykanie. Przy okazji zaś ostatni francuski producent bomb lotniczych…..zbankrutował.

    USA ustanawia natomiast precedens za precedensem – szczególnie w zakresie używania uzbrojonych (i narazie sterowanych przez człowieka) bezzałogowców, w tym na terenach Państw z którymi formalnie nie jest w stanie wojny.

    Naturalnie też nikt nie zauważyl, jakie makabryczne oszczędności w wydatkach zbrojeniowych dotyczą UK i USA (tych ostatnich w szczególności) – poza obcięciami funduszy na badania i rozwój, obcina się też kasę na modernizację sprzetu, kosztem bieżącej eksploatacji i remontów.

    1. Dokładnie.

      Pomysł zrodził się w ameryce, gdzie wojsko stoi na dziurawym windowsie. Patrząc na własny system zdawali sobie sprawę, że jest łatwym celem i słabym punktem. I mocno się zdziwili, gdy przeciwnik takiego słabego punktu nie miał…

      1. Budyń pisze:

        Jasne, jasne…. nie wiem skad tylko wziąłeś "dziurawego Windowsa" a tym bardziej wersję, jakoby gdzieś używała go armia amerykańska. Owszem, był kiedyś "Smart Ship" i trochę aplikacji desktopowych, ale w krytycznym sprzecie Windowsa (ani Linuksa) nie uświadczysz – no chyba że w nielicznych nowościach.
        Na Windows dla odmiany działają głównie systemy europejskich sojuszników USA :>

    2. troll pisze:

      > Przy okazji zaś ostatni francuski producent bomb lotniczych…..zbankrutował.

      Z ciekawości – kogo masz na myśli? MBDA? Czy może cały EADS? A może Sagem robiący AASM?

      1. Budyń pisze:

        Niedawno wrzucono to na militaryphotos.net. Chodziło o nie wytwórnię która robi "kity" zmieniające "dumb" bombs w "smart bombs", tylko właśnie dumb-bombs: stalowo-żeliwne skorup z materiałem wybuchowym i zapalnikami.
        MBDA trzyma się dobrze, EADS upadnie chyba tylko razem z UE, strefą Euro i całą resztą.

    3. Nie ma czegoś takiego jak Amerykanie i Europejczycy w geopolityce. Cały Zachód jest kontrolowany przez bankierski zalążek rządu światowego. Udziałowcami FED są europejskie banki, Rotszyldowie mieszkają na południu Francji a w sprawie Libii "zachód" był jednomyślny jak zwykle. To działa jak jeden kraj. Można porównać do FR albo Chin. Tylko złudzenie "niezależności" republik związkowych jest lepsze.

      1. troll pisze:

        Zapomniałeś wspomnieć o tajnej organizacji MISC (Międzynarodowy Idiotyczny Spisek Cyklistów), oni to dopiero trzęsą światową polityką i, niczym makaronowe macki Latającego Potwora Spaghetti, wtykają swoje brudne paluchy w każdy możliwy przekręt. Ach, i jeszcze piorą ludziom mózgi, żeby wszystko zwalić na masonów. Albo na Żydów. Albo na bankierów. Albo na żydowskich bankierów-masonów.

        MSP,ANC

  5. haael pisze:

    Amerykanie z Internetem są tym samym, co Rosja z ropą. Mają tylko jeden strzał.

    Rosja mogłaby odciąć kurek z ropą jakiemuś krajowi, tylko wtedy wszystkie inne kraje zrezygnują z jej usług.

    Tak samo Ameryka – mogłaby sparaliżować Internet w dowolnym kraju na świecie, bo przecież kontrolują system DNS, IANA'ę i wiele innych rzeczy, ale wtedy reszta świata po prostu zrezygnuje z ich usług, tworząc równoległe systemy zarządzania Internetem.

    Amerykanie wolą "oszczędzać" swoją dominację na cięższe czasy. Kadafi nie był wart, żeby strzelać do niego z najcięższej armaty.

    1. anemus pisze:

      Hmm, tylko że kontrola DNS to raczej "zabawka" bardziej biznesowa i już użyta nie raz, w szczególności przez administrację Obamy…
      Tu mamy do czynienia z możliwością ataku na systemy często nie mające nic wspólnego z internetem, włącznie z brakiem fizycznego do niego podłączenia. Głośne ostatnio są poczynania głównie w sferze biznesowo-politycznej hakierów z Chin ale jakie one naprawę przynoszą szkody i czy to nie podpucha na razie nie wiadomo. Coś za głośno o efektach w kontekście np. włamu do paru banków w angielskim City parę lat temu kiedy to wszystko skrupulatnie wyciszono. Podejrzewam, że z powodu małej infiltracji środowiska, małej integracji systemów i niskiego ich zaawansowania dużo tańsze i skuteczniejsze były fizyczne ataki, a poza tym bardziej spektakularne i dające do myślenia innym watażkom.

  6. tanaka pisze:

    Na opakowaniu bombki (czy opakowanie zbiorcze to bombonierka?:) jest termin zdatności do użycia. Wystrzelić wychodzi taniej niż utylizować:)

{"email":"Email address invalid","url":"Website address invalid","required":"Required field missing"}

Newsletter OSnews raz w tygodniu. Bez reklam.