Na początku drugiej kadencji Donalda Trumpa urzędnicy związani z jego administracją mieli zlecić federalnej agencji ds. cyberbezpieczeństwa potajemne sprawdzenie maszyny do głosowania. Według relacji byłych urzędników, którzy rozmawiali z serwisem ProPublica, Agencja ds. Cyberbezpieczeństwa i Bezpieczeństwa Infrastruktury (CISA) miała kupić urządzenie, spróbować znaleźć w nim luki i nie informować o nich producenta. Wyniki miały trafić wyłącznie do Białego Domu.
Nietypowe polecenie dla CISA
Standardową praktyką CISA jest przekazywanie producentom informacji o wykrytych podatnościach, aby mogli je usunąć. Tym razem polityczni nominaci mieli jednak poprosić agencję, by nie ujawniała swoich ustaleń firmie odpowiedzialnej za maszynę.
Jeden z byłych urzędników wyraził obawę, że informacje o ewentualnych lukach mogłyby zostać wykorzystane do podważania wyników wyborów, które nie spodobałyby się administracji. Inny rozmówca ProPublica ocenił, że takie działanie byłoby sprzeczne z misją CISA, opartą między innymi na współpracy i wymianie informacji.
Agencja ostatecznie nie zrealizowała polecenia. Jej pracownicy mieli poinformować przedstawicieli administracji, że z powodu braków kadrowych nie są w stanie przeprowadzić takiego testu.
Sprawa pokazuje, jak ważna jest niezależność instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo wyborów. Zaufanie do ich pracy zależy również od transparentnej współpracy z producentami i władzami stanowymi. Ograniczenie zasobów może utrudnić reagowanie na zagrożenia.
Przeczytaj także: Five Eyes ostrzega przed wykorzystywaniem AI do cyberataków.
Cięcia osłabiły agencję
CISA od lat wspiera ochronę infrastruktury wyborczej przed cyberatakami i próbami ingerencji. Jej możliwości zostały jednak ograniczone przez redukcje zatrudnienia i finansowania. Od początku drugiej kadencji Trumpa agencja miała stracić około tysiąca pracowników, a w 2027 roku może ją czekać kolejna redukcja, obejmująca około 900 etatów.
Według opisywanych doniesień cięcia objęły mniej więcej jedną trzecią miejsc pracy, a wielu członków kierownictwa odeszło lub zostało zwolnionych. W efekcie CISA ograniczyła część działań wspierających bezpieczeństwo wyborów.
Niepokój ma rosnąć także wśród urzędników stanowych, którzy przygotowują się do listopadowych wyborów połówkowych. Niektórzy obawiają się, że agencja utraciła niezależność i stała się instytucją, której nie można powierzać wrażliwych informacji. Były wysoko postawiony urzędnik federalny ds. cyberbezpieczeństwa stwierdził w rozmowie z ProPublica, że naruszono podstawy relacji opartej na dzieleniu się informacjami.
Rzeczniczka Białego Domu Lauren Bis odpowiedziała na zarzuty, że Donald Trump zrobił więcej niż jakikolwiek inny prezydent, by zapewnić wolne i uczciwe wybory. Sekretarz stanu Arizony Adrian Fontes przekonywał natomiast, że ocenia działania administracji, a nie jej deklaracje, i uważa, że władze stanowe zostały pozostawione bez wystarczającego wsparcia.
Utrudnienia w dostępie do głosowania
Problemy z organizacją wyborów pojawiają się również na poziomie lokalnym. W Karolinie Północnej zamknięto punkty wczesnego głosowania przy trzech uczelniach: North Carolina A&T State University, University of North Carolina Greensboro oraz Western Carolina University. Przedstawiciele władz hrabstwa Guilford uzasadniali tę decyzję koniecznością lepszego rozdysponowania dostępnych zasobów.
Zmiana może utrudnić udział w wyborach około 40 tysiącom studentów. Część z nich, zwłaszcza osoby z pierwszego roku, może nie mieć samochodu, a dotarcie do najbliższego punktu głosowania ma zajmować ponad 45 minut. Studenci wskazują, że konieczność zamówienia przejazdu lub znalezienia podwózki oznacza dodatkowy koszt i kolejną przeszkodę w oddaniu głosu.
W odpowiedzi młodzi wyborcy zorganizowali marsz do najbliższego lokalu. Sprawa CISA i lokalne ograniczenia dostępu do głosowania pokazują, że przygotowania do wyborów obejmują nie tylko ochronę systemów przed cyberatakami, lecz także zaufanie do instytucji oraz praktyczną możliwość udziału w głosowaniu.

