Amerykańskie siły powietrzne zaczynają rozważać pomysł, który jeszcze niedawno brzmiał jak wizja z filmu science fiction: przyszły samolot do tankowania w powietrzu miałby latać bez załogi na pokładzie. Chodzi o następcę wysłużonych maszyn KC-135 i KC-46, czyli floty, która od lat odpowiada za podtrzymywanie zasięgu amerykańskiego lotnictwa. Dziś koncepcja bezzałogowego tankowca nie jest już tylko luźnym eksperymentem, ale elementem realnej dyskusji strategicznej.
Skąd wziął się ten pomysł
Impuls do takich rozważań dał rozwój bezzałogowego systemu tankowania Boeing MQ-25 Stingray, tworzonego dla marynarki wojennej USA. Ten dron odbył swój pierwszy lot w 2026 roku, a niedługo potem został dopuszczony do niskoseryjnej produkcji. Marynarka zamówiła też kolejne egzemplarze, zwiększając liczbę zamówionych maszyn do 14.
Sukces MQ-25 pokazał, że tankowanie w powietrzu nie musi być domeną wyłącznie klasycznych samolotów z pilotem. To właśnie ten przykład sprawił, że w Siłach Powietrznych USA zaczęto poważniej zastanawiać się, czy ich własny kolejny tankowiec również mógłby działać autonomicznie. Na razie to jednak bardziej kierunek rozwoju niż gotowy program do wdrożenia.
Warto zauważyć, że autonomia w lotnictwie wojskowym zwykle wchodzi do służby etapami, a nie jako jednorazowa rewolucja. Takie podejście ogranicza ryzyko i pozwala testować kolejne funkcje w bezpieczniejszy sposób. Dlatego bezzałogowy tankowiec brzmi dziś bardziej jak cel długoterminowy niż szybki projekt wdrożeniowy.
Problem nie jest w sterowaniu, tylko w skali
Podczas konferencji Air, Space & Cyber 2026 generał Daniel Tulley zaznaczył, że przyszłe rozwiązanie wcale nie musi być załogowe. Jednocześnie podkreślił, że prawdziwe wyzwanie leży gdzie indziej: w zasięgu, rozmiarze i zdolności do działania w skali wymaganej przez wojsko. Innymi słowy, samo „zrobienie drona” nie wystarczy.
I rzeczywiście, obecne konstrukcje pokazują, jak duża jest przepaść między tym, co już lata, a tym, czego potrzebują siły powietrzne. KC-46 Pegasus może pokonać niemal 7400 mil i przenosi ponad 100 ton paliwa. Z kolei MQ-25 ma zasięg około 500 mil i zabiera maksymalnie 7,5 tony paliwa, więc w porównaniu z klasycznym tankowcem jest to skala zupełnie inna.
Flota 800+ samolotów F-35 nie potrafi uzasadnić ceny 1,6 biliona dolarów przy zaledwie 25% gotowości do misji, zmaga się z systemowymi błędami oprogramowania i chronicznymi awariami sprzętowymi, wynika z druzgocącego raportu GAO. To pokazuje, jak kosztowne i problematyczne mogą być nawet najbardziej zaawansowane programy lotnicze.
Siły Powietrzne nadal kupują klasyczne tankowce
Mimo zainteresowania autonomią amerykańskie lotnictwo nie porzuca jeszcze tradycyjnych rozwiązań. Nadal zamawia KC-46 Pegasus, a w tym roku wydało także 12 milionów dolarów na analizę nowej konstrukcji tankowca. W projekcie budżetu na rok fiskalny 2027 te środki znikają jednak całkowicie, a zamiast tego pojawia się 13 milionów dolarów przeznaczonych na zaawansowane systemy tankowania.
To ważny sygnał, bo sugeruje przesunięcie akcentów z budowy kolejnego „klasycznego” samolotu na rozwój technologii, które mogą kiedyś umożliwić pełną autonomię. Na razie jest to raczej ostrożne sondowanie możliwości niż deklaracja szybkiej rewolucji. Wojsko analizuje więc przyszłość, ale nie chce rezygnować z rozwiązań, które już dziś są sprawdzone.
Autonomia etapami, nie od razu bez ludzi
Ciekawy kierunek proponują firmy pracujące nad autonomicznym lotnictwem, takie jak Merlin Labs. Ich pomysł zakłada stopniowe wprowadzanie systemów autonomicznych do samolotów, które nadal mają na pokładzie załogę. W praktyce oznacza to, że o ile samolot mógłby już korzystać z autonomicznego pilota, o tyle człowiek nadal byłby obecny podczas lotu.
Merlin Labs planuje wdrożyć swoje oprogramowanie na pokład C-130J, czyli maszyny zbliżonej wielkością do KC-135. To podejście ma sens, bo pozwala testować kolejne elementy automatyzacji bez skoku od razu do całkowicie bezzałogowego tankowca. Jak ujął to prezes firmy, chodzi o to, by autonomia i przyszła bezzałogowa platforma były gotowe mniej więcej w tym samym czasie.
Certyfikacja pozostaje największą przeszkodą
Nawet jeśli technologia działa w laboratorium czy podczas prób, nie oznacza to jeszcze, że można od razu wprowadzić ją do służby. W przypadku systemów lotniczych kluczowa jest certyfikacja i bezpieczeństwo, a bez tego cała koncepcja pozostaje tylko prototypem. Merlin Labs pracuje nad uzyskaniem takiego zatwierdzenia we współpracy z Siłami Powietrznymi USA.
Firma informuje, że jej technologia przeszła już ważny etap przeglądu projektu, ale nadal nie ogłoszono daty pierwszego lotu C-130J z autonomicznym systemem. To pokazuje, że nawet jeśli kierunek jest wyznaczony, droga do gotowego rozwiązania będzie długa. W praktyce oznacza to, że wizja ogromnego, bezzałogowego tankowca klasy KC-46 pozostaje na razie odległa.
Co to oznacza dla przyszłości lotnictwa
Rozmowy o autonomicznych tankowcach pokazują, że amerykańskie wojsko coraz poważniej traktuje bezzałogowe platformy nie tylko jako dodatki, ale jako potencjalny fundament przyszłych operacji. Jeśli uda się pokonać ograniczenia zasięgu, ładowności i certyfikacji, tankowanie w powietrzu może wejść w zupełnie nową epokę. Na razie jednak jesteśmy dopiero na początku tej drogi.
Najbliższe lata pokażą, czy będzie to tylko ambitna koncepcja, czy rzeczywiście początek nowego standardu w lotnictwie wojskowym. Jedno jest pewne: pomysł samolotu-tankowca bez pilota nie jest już abstrakcją, lecz realnym scenariuszem, nad którym pracują zarówno wojsko, jak i przemysł.


Samoloty bezzałogowe? Trochę jak wizje z lat 80-tych. Może i MQ-25 się sprawdza, ale KC-135 i KC-46 to sprawdzone maszyny. Bez pilota? Jasne, ale w tym przypadku nie chodzi tylko o testy w laboratorium, ale o realną wojskową funkcjonalność. Będą musieli poczekać na większe ekstremalne warunki, żeby naprawdę zobaczyć, co potrafią.
Uważam, że autonomiczne systemy to przyszłość, ale nie wiem, czy zastąpienie załogi to dobry pomysł. Po pierwsze, certyfikacja to ogromny problem, a po drugie, co z bezpieczeństwem? Znowu wydają grube miliardy na coś, co może nie zadziała w kluczowych momentach.
Cała ta koncepcja bezzałogowych tankowców jest ciekawa, ale na razie to tylko pomysły. MQ-25 zasięgiem nie dorasta do pięt klasycznym tankowcom. Moim zdaniem powinni lepiej rozwijać zdolności tradycyjnych rozwiązań, a nie ładować kasę w coś, co dopiero ma szansę zaistnieć.
Zobaczcie, co robią w Merlin Labs. Dobrze, że próbują wprowadzać autonomię stopniowo. Przynajmniej wprowadzą coś sensownego bez ryzyka od razu całkowitej autonomii. Uwaga na długą ścieżkę do certyfikacji, ale jeśli pójdzie zgodnie z planem, to może być coś naprawdę innowacyjnego.
Hm, nie ufam zupełnie tym nowym technologiom. Wojsko zawsze brało pod uwagę nieprzewidywalność sytuacji. W miarę jak rosło wykorzystanie dronów, pojawiały się też nowe problemy. Może lepiej by było unikać podejmowania ryzykownych decyzji, w szczególności w kontekście autonomicznych systemów.
Jestem za technologią, ale nie w każdym aspekcie. Autonomia w tankowaniu? Przecież KC-46 jest sprawdzony, a my mówimy o dronach, które mogą nie wytrzymać polowań na radary w czasie rzeczywistym. Po co ryzykować bezpieczeństwo operacji? Dobrze, że USA nadal inwestuje w klasyczne maszyny.